Tym mówimy tak: „Z tą strzelbą był jak bóg. Trzymał ją zawsze w jednej ręce, a w drugiej dziecko – co mogłyśmy począć? Byłyśmy niewolnicami, więźniarkami. Bałyśmy się o dzieci”. Między sobą nic nie mówimy. Udajemy, że na tej wyspie zostawiłyśmy swoje kości. Wszystkie jesteśmy martwe, a nasze ciała zostały rzucone krabom. W skrytości ducha przyznajemy: na dobrą sprawę byłyśmy ochoczym haremem. Uwiedzenie stanowiło przyjemną odskocznię od zgryzot, od wspomnień o naszych tchórzliwych mężach z krwawiącymi dziąsłami. I przez jakiś czas pożądałyśmy zarządcy. A przynajmniej nie chciałyśmy być gorsze od konkurentek. Albo pożądałyśmy ryb, które łowił i oferował nam w handlu wymiennym, jego skrzelołusków i makreli.
Po raz pierwszy od roku nie byłyśmy głodne ani otępiałe. Ryby leczyły nasze ciała. W koszarach unosił motki naszych słonych włosów i wąchał je, jakby wdychał słodkie perfumy. Prosił nas, byśmy opowiadały mu historie (mówiliśmy już naszym własnym pidżynem), a kiedy opowiadałyśmy te same baśnie, które lubiły nasze dzieci, on bawił się naszymi ciałami i szarpał nas za sutki. „Jestem rybakiem łowiącym kobiety” – mówił każdej z nas, tak jakby przed chwilą wymyślił ten żart.
– Nienawidzę go – powiedziała Madame Sauvage – ale nie mogę rezygnować z tych ryb.
– Kłamiesz – odrzekła Madame Lemieux.
– Jak przestaniesz się z nim spotykać, będę się z tobą dzielić moimi rybami – zaproponowała Madame Fournier.
Madame Sauvage wzruszyła ramionami.
– To go tylko rozzłości.
– Nie pochlebiaj…