– Twierdzi pan, że Marcin Breś skrzywdził w jakiś sposób pana syna?
– Nie, to nie do końca tak… – Mężczyzna, który przedstawił się jako Łukasz Dębski, zaczął się plątać.
Aspirant Jakub Wójcik widywał to już wcześniej: ludzie wchodzili na komendę butnym krokiem, sądząc, że doskonale wiedzą, co chcą powiedzieć, a potem, w miarę jak wypełniały się kolejne rubryczki w oficjalnym zawiadomieniu, pewność siebie stopniowo z nich ulatywała, aż zostawało tylko zdenerwowanie.
– Nie wydaje mi się… To porządny facet i nie sądzę, żeby mógł naprawdę komuś zaszkodzić. To pewnie jakieś nieporozumienie. Ale on przychodzi pod nasz dom…
– Marcin Breś?
– Tak, Marcin Breś.
– Groził komuś?
– Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu stoi i patrzy w okna. Moją żonę to denerwuje.
– Pana nie?
– Nie aż tak bardzo. Ten dom należał kiedyś do rodziców Bresia, on i jego rodzeństwo mieszkali tam jako dzieci. Dla mnie to dosyć naturalne, że człowiek chciałby sobie czasem popatrzeć na miejsce, w którym się wychował. Ale rozumiem też moją żonę, bo Breś, powiedzmy szczerze, trochę przesadza. Odkąd jakiś rok temu sprowadził się z powrotem do Radziechów, przychodzi raz albo kilka razy w tygodniu. Ostatnio nawet częściej. Może w takim razie mógłby pan z nim porozmawiać? Wie pan, tak bez oficjalnego zawiadomienia i żadnych papierków.
– Oczekuje pan, że pojadę do niego i powiem mu, żeby przestał wystawać pod waszym domem?
Dębski poruszył się niespokojnie. Biedny facet, pomyślał aspirant. Jeden z tych, którzy najchętniej każdego by zadowolili.
– Nie chciałbym mu robić problemów. Ten człowiek i tak już nie miał łatwego życia. Pan zresztą pewnie o tym wie.
– O czym wiem?
Przez twarz Dębskiego przemknęło zdziwienie.
– Musiał pan przecież słyszeć o zaginięciu jego rodziców w 1995 roku. Któregoś dnia w październiku zabrali trójkę dzieci do lasu, kazali im się tam bawić w chowanego, a sami zniknęli. Nikt już ich nigdy więcej nie widział.
***– Nie do lasu – poprawiła podkomisarz Urszula Gwóźdź, gdy godzinę później…