No i stało się. Filar zachodniej cywilizacji pod obstrzałem! Jeden z najwybitniejszych żyjących filozofów – wcale nie jakiś tam neomarksista, komunista z Ljubljany czy innego Frankfurtu, tylko porządny-filozof-z-Harvardu – napisał książkę bezpardonowo podważającą fundament naszej wizji dobrze urządzonego społeczeństwa. Michael Sandel w pracy Tyrania merytokracji. Co się stało z dobrem wspólnym wprost uderzył w merytokrację. Nie w wypaczenia merytokracji, nie w jej niedobory czy fasadowość – uderzył w same jej moralne podstawy. „Ale jak to możliwe?” – zakrzyknie ktoś. Czyżby kolejny oderwany od życia intelektualista, który chciałby kompletnej urawniłowki? A może i jeszcze żąda absurdu losowego dobierania zawodów czy zakazu wyróżniania się talentami i pracą? No nie.
Czym jest merytokracja?
Dla porządku trzeba zaznaczyć, że merytokracja – w rozumieniu, które stosuje Sandel – nie jest tożsama z zasadą merytoryczności, czyli z obsadzaniem stanowisk adekwatnie do kompetencji (szczególnie w języku polskim kojarzy się z „merytorycznością”; w języku angielskim merit oznacza „zasługę”). Meryto-kracja odnosi się do systemu hierarchii społecznej, w którym od kompetencji / zasług uzależnia się nie tylko stanowisko, ale i pozycję społeczną. W tym sensie merytokracja stanowić ma przeciwieństwo arystokracji (władzy dobre urodzonych) czy plutokracji (władzy bogatych).
Merytokracja odrzuca przywileje wynikające z urodzenia i dziedziczenia, więc domaga się równości szans – gwarantowanej np. powszechnym systemem edukacji. Jednak zakłada również nierówność wyników – jako naturalny skutek nierówności kompetencji i zasług – a to przekłada np. na nierówności majątkowe. Merytokracja…