Rondo Wiatraczna jest symbolicznym centrum Grochowa, jest jego początkiem, a jednocześnie jego końcem. Jest studnią dudniącą od echa codzienności. Jako przestrzeń kolista – a więc niejako doskonała i przedustawna, synonim prapoczątku, źródło wszelkiej rzeczy i wszelkiej formy – jest zarówno wyzwoleniem, jak i uwięzieniem. „Nie istnieje człowieku wyjście z tego ronda” – pisze w wierszu zamieszczonym w Rondzie Wiatraczna Marek Bieńczyk. Kto jest autorem tego wiersza? Może to – obecny w innych książkach tego autora – Jan Jo Rabenda, będący alter ego Bieńczyka, ewentualnie jego literackim bliźniakiem, niewykluczone też, że diabolicznym rewersem pisarza? A może to Prorok, narrator Ronda…?
Ale kim jest ów Prorok? I czym w istocie jest samo Rondo… – prozą, esejem, autofikcją?
Jesteśmy bezradni, kręcimy się w kółko (jak to na rondzie) niczym opisani przez Bieńczyka mieszkańcy Grochowa ganiający po Rondzie Wiatraczna w tę i z powrotem i próbujący odgadnąć, który tramwaj skręci w Grochowską, a który w Waszyngtona. Być może są oni w tych nerwowych ruchach po kole komiczni – Bieńczyk nazywa ich paniami i panami Hulot – ale wydają się raczej ciążyć ku tragedii, są chochołami zaklętymi w kolistym korowodzie. „Nie istnieje człowieku wyjście z tego ronda” – ten wers powraca refrenicznie, wszak to rondo, a raczej wariacja na temat rondeau. „Pochyleni nad tym rondem, gatunkiem par excellence melancholijnym, my także przebiegamy po jego słowach krąg” – pisał Bieńczyk w głośnej Melancholii. O tych, co nigdy nie odnajdą straty…