Gdy jesienią 1992 r. szedłem do liceum z internatem w Poznaniu, z mojej rodzinnej wioski, położonej przy popruskiej niezelektryfikowanej linii kolejowej Czempiń– Śrem–Jarocin, do stolicy Wielkopolski mogłem dostać się pociągiem i PKS-em. Jeszcze w 1992 r. połączeń było naprawdę sporo: zarówno kolejowych, jak i autobusowych. Z roku na rok sytuacja się pogarszała. I to raz po raz. Coraz dłuższy czas oczekiwania w ramach przesiadki, rzadsze połączenia, więcej kombinowania, jakby tu z małej wioski dostać się do wielkiego miasta. Podróż z godziny z haczykiem (z przesiadką) wydłużała się do dwóch, trzech godzin. Jesienią 1995 r. zawieszono kursy pociągów pasażerskich na tej linii. Na tyle solidnie, że wciąż nic tam nie kursuje, poza melancholijnymi wspomnieniami lokalsów. Coraz bardziej cięto też połączenia PKS – budziło to głuchą złość pomieszaną z rezygnacją lokalnych społeczności. I adaptację do nowych warunków: najpierw powoli, z czasem coraz szybciej przybywało raczej tanich niż drogich samochodów. Aż wreszcie zakorkowały się nie tylko drogi w kierunku Poznania, a okoliczne miasta i miasteczka zmieniły w parkingi. Moja matka, dziś emerytowana polonistka nieistniejącej już szkoły podstawowej, ma na swoim koncie mnóstwo pism i petycji kierowanych do przeróżnych władz samorządowych i instytucji ds. publicznej komunikacji – z apelami o przywrócenie lub nielikwidowanie połączeń autobusowych na wsiach. Wszystkie te pisma zaginęły gdzieś bez echa. Dziś ten rejon zasobnej przecież Wielkopolski jest jednym z typowych dla III RP terenów komunikacyjnego wykluczenia. Autobusem z mojej rodzinnej wsi można wyjechać tylko raz dziennie – do Śremu, o 7.00 rano, w dni powszednie. A wrócić o 16.10. Jeśli nie masz samochodu, sprawnego…
Dziennikarz i publicysta portalu Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta thinkzina Nowa Konfederacja; pisze dla Polskiego Radia 24, TVP.INFO, „Gazety Polskiej", kwartalnika „Fronda LUX" i tygodnika opinii TYGODNIK.TVP.