Subskrybuj
Ilustracja: Maria Regucka
Ilustracja: Maria Regucka
Tłumacz, poeta, profesor związany z Uniwersytetem im. A. Mickiewicza w Poznaniu oraz Stellenbosch University (RPA). W badaniach zajmuje się historiografią literacką, transferem kulturowym i recepcją przekładu literackiego. Tłumaczy z języka niderlandzkiego, afrikaans i niemieckiego. Za twórczość przekładową otrzymał Nagrodę im. Martinusa...

Lectio vicesima septima

Klasa znajdowała się na samym końcu korytarza.

Kwadratowa, więc ławki poustawiano inaczej niż w pozostałych gabinetach. Było też pianino. A jednak mieściliśmy się wszyscy. Cała biologiczno-chemiczna klasa. Wszystkie klasy miały tam lekcje wychowania muzycznego, a nasza dodatkowo jeszcze łacinę. Dwa przedmioty zepchnięte na koniec szkolnego korytarza do najmniejszej sali. Salki właściwie. Prawie parafialnej. Z tą różnicą, że szczególnej nabożności tam nie było, natomiast często było rozrywkowo: Krzysiek grywał na pianinie, rzadziej na skrzypcach, czasem ktoś przyniósł gitarę, raz Tomek, raz ja i graliśmy, zdarzało się, że słuchaliśmy płyt i śpiewaliśmy różne takie, zadane przez nauczycielkę lub z własnych odkryć, pozaprogramowych. Popularny był oczywiście Dylan, a także duet Simon & Garfunkel, i w ogóle muzyka zwana „zachodnią” i odkrywana za sprawą Radia Luxembourg, nasłuchiwanego namiętnie nocą, bo wtedy mniej trzeszczało, i znana dzięki przywożonym z zagranicy winylom oraz amerykańskim filmom, które akurat w latach 70. w większej liczbie zaczęły trafiać do kin i prawie zawsze bardzo dobre, bo na przykład w takim 1973 roku można było oglądać i Kabaret, i Absolwenta, więc brzdąkaliśmy wybrane utwory ze ścieżki dźwiękowej tego drugiego, biorąc wszystko, rzecz jasna, ze słuchu.

A na łacinie…? Cóż, łacina to był odrębny rozdział szkolnej edukacji. Była w programie, bo biologiczno-chemiczny profil miał nas przygotować do studiów medycznych lub przyrodniczych. Tylko okazało się, że był to przedmiot, który zamiast specjalizować, radykalnie nas humanizował. Zasługa w tym podręcznika Vox Latinaoraz nauczyciela, który był wykładowcą uniwersyteckim i miał akademickie nawyki. To było coś dawnego, niekoniecznie od razu coś antycznego, ale na pewno dystyngowanego, a może tylko przedwojennego, bo to wtedy pracownicy uniwersytetów uczyli także w szkołach średnich. Zwyczaj piękny i dobry, dla wykładowców i dla uczniów. A nasz profesor Wilczyński, z tym – niech już będzie – przedwojennym i niewymuszonym dystyngowaniem, zwrócił się do nas…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zróbmy sobie dziecko