Pierwsze tygodnie lockdownu, ogłoszonego w marcu 2020 r., wspominam jak przez mgłę, za to doskonale pamiętam książki, po które wówczas sięgnęłam, żeby choć na chwilę przestawić umysł na tory inne niż niepokój i niepewność. Pierwszą z nich była powieść Ottessy Moshfegh Mój rok relaksu i odpoczynku. Choć tytuł mija się z prawdą – bohaterka nie relaksuje się, lecz próbuje za pomocą środków nasennych i antydepresantów ukoić i wygłuszyć żal oraz żałobę po śmierci rodziców, co chwila zapadając w sen – oniryczna narracja okazała się tak wciągająca, że na chwilę pozwoliła rzeczywiście odsunąć na bok ponure pandemiczne myśli.
Tytuł drugiej książki, poleconej przez znajomego, nie obiecywał nic szczególnego, za to gatunek – science fiction – już wiele. Powieść kanadyjskiej, nieznanej mi wówczas pisarki, mojej rówieśniczki, zaczynała się sceną śmierci, by chwilę potem epidemia gruzińskiej odmiany świńskiej grypy na kilkunastu stronach zmiotła z powierzchni ziemi 99% ludzkości. Trudno wyobrazić sobie lepszą lekturę, podczas gdy moja wyobraźnia podpowiadała podobne sceny w naszej rzeczywistości. Tą książką była Stacja jedenasta autor stwa Emily St. John Mandel. Co ciekawe, w tym samym czasie co ja po tę lekturę sięgnęły tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy, ludzi na świecie. Wydana w 2014 r. powieść, nominowana m.in. do National Book Award, sześć lat po premierze ponownie wskoczyła na listy bestsellerów, a Mandel,…