Subskrybuj
Abraham i Izaak idą na górę Moria, ok. 1690 r., fot. zbiory prywatne autora
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Ojciec i syn

W Holandii kobaltowa fliza jest dziś elementem narodowej tożsamości. Wykorzystuje się ją w projektach reklam, znaczków pocztowych, jedwabnych krawatów, biżuterii, klocków Lego przeznaczonych na lokalny rynek, a nawet piecze się przypominające ją kwadratowe ciasta.

Wychowałem się w domu, w którym od dzieci nadal (czyli w czasie złudnej gierkowskiej prosperity) wymagało się przestrzegania pewnych mieszczańskich zasad. Nie powinny się odzywać, jeśli ich wcześniej nie zapytano, na powitanie miały dygnąć (dziewczynki) lub szarmancko szurnąć nogą (chłopcy), przed gośćmi nieodmiennie wyrecytować „ambitny” wierszyk, a potem grzecznie udać się do łóżka (Przy piwoniach Miłosza prześladuje mnie po dziś dzień). Wreszcie winny odpowiednio zachowywać się przy stole. „Twój kuzyn Jurek tak pięknie jadł nożem i widelcem, gdy miał cztery lata!” – słyszałem raz po raz. Oczywiście od razu znienawidziłem wstrętnego Jurka z Rzeszowa; mało tego, do tej pory, chyba z wrodzonej przekory, eufemistycznie mówiąc, jem „mało elegancko”. Zawsze się czymś upaprzę, obleję, a do tego przy posiłkach czytam. Z tym czytaniem też był problem: dzieci nie mogły być przecież puszczone samopas w wyborze lektur. Byłem chłopcem nadwrażliwym i nerwowym, więc Mama za wszelką cenę broniła mi mocniejszych wrażeń. Na liście ksiąg zakazanych znalazła się choćby Balladyna, której rozpaczliwie pragnąłem, przeczytawszy Niesamowity dwórNienackiego, któryś z kolei tom przygód Pana Samochodzika, gdzie dramat ten…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Święty Houellebecq