Po śmierci Eli, z którą przeżyłem trzydzieści dziewięć lat, gdy odeszli goście z pogrzebu, zostałem sam.
Położyłem się i nie wstałem przez parę dni. Przyszedł lekarz, który opiekował się Elą, i zapytał:
– Chcesz umrzeć?
– Tak, nie mam po co żyć.
Andrzej Banach, Spotkania
Skąd mi się wzięła ta Holandia? Tak jak zdecydowana większość rzeczy w moim życiu wzięła się z książek. W 1993 r. Mama włożyła dla mnie pod choinkę niewielki tomik, Martwą naturę z wędzidłem Herberta. Eseje te pokazały wówczas licealiście fascynujący, „osobny” i nieomal egzotyczny świat Kraju Nizin. Wszystkie swoje pierwsze teksty o Holandii pisałem „z Herbertem w głowie” i pod jego przemożnym wpływem, ale z czasem zawierzenie i zachwyt ustąpiły rozczarowaniu i buntowi. Kiedy coraz więcej czytałem o holenderskiej kulturze i sztuce, poznawałem język i literaturę, wciąż wypominałem autorowi błędy (a tych było multum) i irytowałem się.
W końcu jednak przyszło pogodzenie: zdałem sobie bowiem sprawę, że Martwą naturę… należy czytać jako artystyczny manifest Herberta i książkę o nim samym, który ukrywa się za obrazami, rozumieć jako wielką metaforę codzienności, czytać w kontekście światopoglądu poety, jego wyborów etycznych (sztuki, która godzi człowieka z rzeczywistością) i estetycznych (wiary w sztukę mimetyczną).
Innymi słowy, osobistą wizję świata i kultury, a przy tym fantazmat zakładnika mieszczańskich „wysp szczęśliwych”…