Co Pan czuł, przyjeżdżając do Oświęcimia i zbierając materiały do książki?
Gdy przyjeżdżałem do Oświęcimia co jakiś czas, w zasadzie ciągle się dziwiłem. Dziwiłem i wstydziłem. Zdałem sobie sprawę, jak niewiele o tym mieście wiem. Okazało się jednak, iż bardzo szerokie grono nie ma pojęcia, czym jest Oświęcim.
Najpierw rozmawiałem z ludźmi mieszkającymi na obrzeżach miasta. W nich dostrzegłem pragnienie zwyczajnego, normalnego życia. Potem były rozmowy z mieszkańcami centrum, a później wszedłem do Muzeum. Na terenie dawnego obozu przeprowadziłem wywiady z mieszkańcami: dziećmi dawnych więźniów, dziećmi pracowników i samymi pracownikami obozu. Mieszkają oni w dwóch dwupiętrowych kamienicach z czerwonej cegły, między krematorium, szubienicą Hössa i drutami kolczastymi. Jedna z mieszkanek Muzeum mówiła mi, że niechętnie wychodzi do miasta, że Muzeum jest dla niej małą ojczyzną. Muzeum i miasto to dwa splątane przez historię światy, które trudno przenikają do teraźniejszości.
A co czuł Pan w Willi Hössa – luksusowej rezydencji komendanta obozu, graniczącej z miejscem Zagłady? Znajduje się w niej zasypany korytarz, który ponoć miał prowadzić do obozu. Postanowił Pan do niego zejść, mimo iż – jak Pan pisze – nigdy nie odważyła się na to obecna mieszkanka domu, pani Sylwia.Pobyt w willi Hössa był skazany na metafizykę. Dla pani Sylwii to zejście było jak lęk przed duchami. Też nie czułem się tam komfortowo. Choć jestem ponad miarę racjonalny, zadziałały kody kulturowe związane bardziej z…