Jesteś artystą z bogatym dorobkiem, w ostatnich latach wyreżyserowałeś wiele spektakli muzycznych, wcześniej sam występowałeś na scenie, byłeś też choreografem i odpowiadałeś za ruch sceniczny przedstawień innych reżyserów. Spoglądając wstecz – czy widzisz jakąś ideę bądź zasadę, która umożliwiłaby nam przyjrzenie się Twojej twórczości w sposób bardziej syntetyczny?
Jeżeli miałbym podsumować wszystkie te prace, które szczęśliwie wykonywałem do tej pory, to słowem kluczem do nich wydaje mi się „niejednoznaczność”. Ono wpisuje się w bliską mi queerową filozofię bycia, czyli wymykania się definicjom. Odkąd pamiętam, potrzeba niejednoznaczności pojawiała się na wszystkich etapach mojego myślenia o tematach, po które sięgałem sam lub które zostawały mi zadane. Na ile złączenie dwóch rzeczy, na pierwszy rzut nieprzystających do siebie, może razem pracować, jakie nowe sensy, jakości ono wydobywa? – jako artystę to mnie interesuje. Nigdy nie wychodzę od pytania, o czym ma być spektakl, bo sztuka nie jest od tego, żeby dawać odpowiedzi. Sądzę, że powinna mnożyć paradoksy, podobnie jak życie, z gruntu irracjonalne.
Słowo „niejednoznaczność” dobrze też określa mnie jako osobę. Zawsze unikam ludzi, którzy mówią mi, jak coś powinno wyglądać, jak mam działać. Moje życie – osobiste obserwacje, doświadczenia i wydarzenia, w których uczestniczę jako człowiek – pokazuje, że nic nie jest oczywiste, czarno-białe. Tymczasem dominuje myślenie: albo farsa, albo dramat. Pod tym kątem fascynujące są utwory klasyki muzycznej, np. Mozarta. Kiedy ich słuchasz, nie możesz określić, czy są wesołe czy smutne.
Podobnie jak Twoje przedstawienia.Tak, bo skoro nic nie jest oczywiste, dlaczego miałbym temu zaprzeczać Sam teatr, w swej najstarszej i najprostszej formule bezpośredniego spotkania z drugim człowiekiem, twarzą w twarz, buntuje się przeciwko nieszczerości. Doświadczyłem…