W dobie pandemii zostaliśmy zmuszeni do zmiany przyzwyczajeń. Rozbestwieni ofertą tanich linii lotniczych, dzięki którym świat skarlał do rozmiarów pudełka od zapałek, zbyt łatwo zapomnieliśmy, że prawdziwa przygoda czai się tuż za winklem, że wystarczy rozejrzeć się po okolicy, by poczuć w sobie pasję odkrywcy. Dziwna sytuacja, gdy spacer do warzywniaka stał się substytutem przemierzania koła podbiegunowego, a kolejka do apteki upodobniła się do sznurka wspinaczy uwięzionych w korku pod Mount Everest, spowodowała, że, chcąc nie chcąc, przyjęliśmy nowe reguły gry, raz-dwa przedzierzgnąwszy się w nieustraszonych eksploratorów przysiółków osiedli i dzielnic.
Oczywiście wszyscy znamy filmiki i rysunki używające sobie na pokraczności okolic i okoliczności, w jakich przyszło nam żyć. Ich symbolem jest autobus, który dociera na rozwidlenie dróg i mając do wyboru kierunki „Radom” oraz „Sosnowiec”, zawraca w te pędy, aż się za nim kurzy. Czarna legenda towarzysząca wielu polskim miastom i miasteczkom sprawiła, że wolimy utwierdzać się w przekonaniu o ich rzekomej brzydocie i niedomaganiach, niż próbować naprawdę je poznać i – dlaczego nie? – polubić. Regularnie uprawiany przez nas sport, a więc licytowanie się na najnudniejsze i najszpetniejsze miejsca w Polsce oraz na niedolę tkwienia w szczękach ich blokowisk, choć sam w sobie potrafi być nawet zabawny, świadczy o całkowitym braku wrażliwości na otaczającą nas rzeczywistość. Dopóki to narzekanie odbywa się za pośrednictwem internetowych memów, nie jest źle. Gorzej, jeśli przenosi się w sferę naszych przyzwyczajeń i zaczyna wpływać na sposób postrzegania tego, co nas otacza.
Uczymy się tym samym, że najbliższa okolica jest mniej ważna i zdecydowanie mniej atrakcyjna niż taka sama okolica „gdzieś indziej”, najchętniej w ciepłych krajach, bo tam jest megakolorowo i…