Solaris mon amour możecie zobaczyć do 4 czerwca na online’owej odsłonie festiwalu Millennium Docs Against Gravity, we współpracy z którym powstał ten tekst. Zapraszamy!
Solaris mon amour, czyli Twój najnowszy film, można opowiedzieć na kilka sposobów. Zacznijmy od emocji. Odniosłem wrażenie, że chciałeś się tym filmem z kimś pożegnać. Kolejne sekwencje i obrazy, które korespondują z powieścią Stanisława Lema, wywołały we mnie strach, smutek, a nawet tęsknotę za czymś kompletnie nieznanym. Chciałeś pracować z emocjami widzów?
Nie bez powodu na ostatniej planszy Solaris… umieściłem dedykację dla mojej zmarłej w ubiegłym roku partnerki Jagody Murczyńskiej. Traktuję ten film jako formę przepracowania żałoby, zapis pewnego etapu. Znalazłem w Solaris Lema znajome sobie emocje i sytuację, która często mi się śni.
Jaka to sytuacja?
To sen, w którym zmarła osoba nie wie, że nie żyje. I trzeba jej o tym powiedzieć. To bardzo trudne. Trzeba to zrobić delikatnie, znaleźć dobry moment, właściwie dobrać słowa. To wszystko jest napisane w powieści Lema.
Zacząłeś myśleć o Lemie już w czasie żałoby?
Nie. Pomysł na Solaris mon amour pojawił się po lekturze książek Wojciecha Orlińskiego Lem. Życie nie z tej ziemi i Agnieszki Gajewskiej Zagłada i gwiazdy oraz Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Ci autorzy pierwszy raz opowiedzieli więcej o żydowskim pochodzeniu Lema, o jego doświadczeniach z okupowanego Lwowa, a także o związkach jego literatury z Zagładą i powojenną traumą. Dla Lema powieści science fiction były przestrzenią przepracowania i przekształcenia traumatycznych doświadczeń wojennych. Zwróciłem jednak uwagę, że ani Orliński, ani Gajewska nie piszą w tym kontekście wiele o…