Dobrze pamiętam walida, szczupłego 15-latka, którego dwa lata temu spotkałem w miejscu, dokąd ani ja, ani tym bardziej on, urodzony i wychowany w odległych o cztery tysiące kilometrów górach wschodniego Afganistanu, nie spodziewaliśmy się nigdy trafić. W nieczynnej cegielni na przedmieściach serbskiej Suboticy, pod jej starym, wyszczerbionym kominem i na sąsiadujących z wysypiskiem śmieci hałdach z piasku, które nawet zimą porastały trawy wyższe od człowieka, znajdowali wtedy schronienie migranci sposobiący się do przekroczenia granicy z Węgrami. Rozmawiałem z grupą chłopców z Iranu, kiedy zza pleców dobiegła do mnie jego nieśmiała angielszczyzna. Walid siedział we framudze po wybitych drzwiach. Wśród zaschniętego błota i unoszonych przez wiatr osmolonych resztek papieru, pozostałości po ognisku, które migranci rozpalili nocą, w kurzu przykrywającym kolor ich nawet najjaskrawszych dresów, czyścił buty. Używał w tym celu zwykłej nawilżonej chusteczki odświeżającej. Potem przez cały czas kiedy opowiadał mi o dzieciństwie w afgańskim Mehtarlam, amerykańskich żołnierzach, którzy nauczyli go podstaw angielskiego, i zamachu talibów, w którym zginęli jego…
Dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W latach 2005–2010 redaktor miesięcznika „Znak”.