Subskrybuj

Idzie mu o życie

Mamy już za sobą kampanię medialną, która windowała <em>Kronos</em> na listy bestsellerów, i gorące polemiki o to, czy w ogóle jeść tę żabę. Pora najwyższa, by przyjrzeć się <em>Kronosowi</em> bez uprzedzeń, ale i bez namaszczenia.

Żaba to (czemu żaba, a nie jaskółka? – zapytałby Stefan Czarniecki) szczególnego rodzaju, ale przecież podobny spór odbywał się już w przeszłości, kiedy wydano po raz pierwszy Opętanych, powieść „dla kucharek”, sygnowaną przed wojną pseudonimem. Co prawda, teraz mamy do czynienia z tekstem jawnie nieliterackim, a nie rozmyślnie grafomańskim, ale natura kontrowersji jest analogiczna. Rewidować ustalone poglądy na temat Gombrowicza czy uznać, że nic się nie stało? Pytanie to o tyle słuszne, że powojenna twórczość pisarza zawiera natrętne odniesienia do jego biografii, więc każda notatka dotycząca jego prywatności (a zwłaszcza taka, która ujawnia fakty skrywane) ma potencjalnie duże znaczenie dla jego dzieła. Gombrowicz oczywiście swobodnie gra „Witoldem Gombrowiczem” na kartach Dziennika i powieści, ale w tej zabawie idzie mu – jak żabie u Krasickiego – o życie, zagadkę konkretnej, pojedynczej egzystencji. Tę samą, której usiłuje się przyjrzeć, notując na przestrzeni kilkunastu lat elementarne fakty własnej codzienności. W pewnym sensie Kosmos i Kronos mają te same źródła – zdumienie i przerażenie swoim życiem / losem. Użyłem tych ostatnich słów równoważnie, bo także w Kronosie, w którym króluje fizjologia i nudna buchalteria, przebija się przez gąszcz faktów, dat i cyfr obsesja…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jezus Żydów