Zgoda powszechna jest na to, że w Polsce nie ma prawdziwej krytyki przekładu. Lista czasopism i innych forów, gdzie można by szukać tekstów z tego zakresu, jest tak krótka, że właściwie nie da się jej tu przytoczyć. Owszem, pisuje się o literaturze obcojęzycznej czy – jak to się dawniej mawiało – zagranicznej, ale szkice poświęcone opisowi, ocenie czy problematyzacji jej tłumaczenia zdarzają się sporadycznie. W powszechnym odbiorze problem w zasadzie nie istnieje – literatura tłumaczona czytana jest tak samo jak oryginalna, pod autorskim nazwiskiem i w poczuciu, że to autor czy autorka odpowiedzialni są za treść i formę docierającego do czytelnika tekstu. Tym sposobem pomija się całkowitym milczeniem grubą warstwę pośrednią, oddzielającą (a raczej łączącą), dajmy na to, prozę Henry’ego Jamesa od opublikowanej po polsku kilkusetstronicowej książki pt. Złota czara, którą bierze do ręki czytelniczka szykująca sobie stosik lektur na długie zimowe wieczory albo leniwe letnie wakacje na wsi.
Warstwa pośrednia
Co się mieści w owej warstwie pośredniej? Dlaczego – jak sądzi Jerzy Jarniewicz, autor szkiców o przekładzie Gościnność słowa– nie należy zgadzać się na jej pomijanie? Otóż mieszczą się w niej skomplikowane i pracochłonne procesy oraz wielorakie decyzje i wybory, dzięki którym obcojęzyczna powieść staje się powieścią polską i…