W jaki sposób Pana zdaniem przestrzeń teatralna i sakralna korespondują ze sobą?
Zamiast o sacrum wolę mówić o duchowości, osłabiać to określenie, które w polskiej tradycji zdominowało dyskurs, stworzyło model poddańczego uczestnictwa w teatrze. Dla mnie „ja” realizuje się poprzez spotkanie z drugim człowiekiem. Sprawdza się to w działaniu artystycznym: zaufanie do aktora, gotowość jego wysłuchania, przejęcia pewnej energii – to podstawowa zasada, ona pozwala budować światy. Problem polega na tym, że w Polsce nieustannie powielamy model romantycznego artysty. Robią to ci, którzy pozornie są największymi przeciwnikami takiej wizji. Cały czas obecny jest rozdźwięk pomiędzy widownią a wielkim twórcą, który podaje narrację – odkrywczą, genialną, połączoną z wizją, epifanią. Wzmacnia się podział na my i oni. Dla mnie uświęcenie sceny polega na swego rodzaju celebrowaniu relacji z widzem.
Na czym ta relacja miałaby polegać?
Problem nie dotyczy artystów – oni idą swoją drogą – ale tego, w jaki sposób rozumiemy rolę teatru jako instytucji. Rozmowa na ten temat, choć głośna, jest niestety bardzo powierzchowna i przewidywalna. Sprowadza się do konfliktu między wizją teatru jako miejsca nieograniczonego rozwoju artysty a koncepcją weryfikowania jego wartości za pomocą wpływów z biletów. Należałoby raczej zadać pytanie, czy umiemy stworzyć razem z widzem autentyczną przestrzeń identyfikacji, spojrzeć na niego w sposób mniej anonimowy, dać mu poczucie współkreowania przestrzeni, choć niekoniecznie musi się to realizować poprzez wejście na scenę. O teatrze, ale też i o innych miejscach kultury, należy dziś myśleć bardziej ambitnie i odpowiedzialnie. Szczególnie w sytuacji kryzysu rola sztuki staje się bardzo istotna, bo posługuje się ona językiem symbolicznym. Musimy więcej od siebie wymagać, a nawet być gotowi do rezygnacji z zajmowanej dotychczas pozycji, do „zdepozycjonowania” samego siebie.
Dlaczego warto, żeby takimi działaniami…