Subskrybuj
fot. Wiki Commons

Lekka przesada

We Lwowie zabawny moment: pierwszego dnia wieczorem, przy kolacji, nagle oskarżyłem moich współtowarzyszy podróży, że nic nie rozumieją z tego miasta, że traktują je tak, jakby byli w dowolnym miejscu Europy, w Liverpoolu albo w Bochum, że nic nie czują, omiatają obiektywnymi spojrzeniami ulice i place tak, jakby byli tylko aparatami fotograficznymi, a przecież to jest miasto niezwykłe, tu są rzeczy wspaniałe, chociaż ukryte...

LwówSą wciąż do pewnego stopnia schowane pod powłoką sowieckiego kurzu, który jeszcze na nich spoczywa, zgoda, ale trzeba pewnego wysiłku wyobraźni, żeby się do nich przedostać, to nie jest łatwa Florencja z jej oczywistą, absolutną, potwierdzoną przez sto przewodników urodą, to nie Rzym, którego piękno zobaczy każdy idiota, nie, tutaj jest zupełnie inaczej, miasto kryje się pod warstwą wulgarności – tym bardziej zasługuje ono na eksplorację, tym bardziej ludzie wrażliwi powinni wziąć się do pracy, a nie tylko biernie oczekiwać cudu… Tutaj, w tym pokaleczonym mieście, trzeba posłużyć się nie tylko wzrokiem i słuchem, ale i wyobraźnią. Wyobraźnia co prawda, jak mówił Marcel Proust, odnosi się do miejsc nieobecnych, odległych, nie można wyobrażać sobie ulicy, na której właśnie przebywamy, pokoju, w którym się znajdujemy, osoby, z którą rozmawiamy, ale przecież Proust żył w epoce klasycznej, przed katastrofą, nie mógł wiedzieć, że będą kiedyś miasta na wpół istniejące, na wpół porzucone, przykryte plandeką brzydoty, miasta stracone i półodzyskane, nie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zmierzch religii smoleńskiej?