Subskrybuj

Allegro moderator (1)

Piętnastego lipca 1965 roku o szóstej rano było już cieplutko. Sam środek lipca, sam środek lata, sam środek wakacji. Słońce zaczęło grzać, ale budynek dworca jeszcze był zimny w środku, a rześko ryczące autobusy i snujący się wokół wcale liczni pasażerowie wciąż jeszcze ciągnęli za sobą nienaturalnie duże cienie.

Sporo cienia leżało nawet przy wyrwanych z kontekstu, dwumetrowej długości krawężnikach wyznaczających miejsca, do których dobijały niebieskie autobusy karnie odjeżdżające każdy z własnego stanowiska. Pan Janusz miał prawie pół godziny do odjazdu do Opatowa. Ustawił się w słonecznej plamie, nerkami do nieba, żeby podgrzać akumulatory, zapalił i po raz piętnasty ziewnął. Odprowadzał wzrokiem samicze sany i samcze jelcze krążące po placu manewrowym i miał nadzieję, że trafi mu się jelcz. O tej porze na pewno uda mu się zabrać, tym bardziej że zjawił się z dużym wyprzedzeniem, ale jelcz to zawsze jelcz. I więcej ludzi pomieści, i na masce silnika koło kierowcy można przysiąść w razie czego, i sam silnik więcej może. Silnik sana bzyczy, silnik jelcza ryczy. Myśl pana Janusza wróciła jeszcze do znajomego, którego spotkał przed chwilą. W tym samym czasie Elke i Michael, dwoje enerdowskich turystów w polskich Tatrach pakowało sobie jajka na twardo na całodzienną wycieczkę na Rysy, za chwilę, ubrani nieodpowiednio i nieodpowiedzialnie, mieli się pocałować i wyruszyć na szlak. Wakacje, powiedział Michael w radosnym zamyśleniu, i dodał coś dalej, ale nie wiadomo co, bo mówił po niemiecku. Pan Janusz podszedł do kiosku “Ruchu” z zamiarem kupienia gazety. Jego przekrwione oko padło na wystawione za szybą widokówki i poczuł się na tyle uroczyście, że postanowił wysłać kartkę przyjacielowi. Prawie nigdy tego nie robił, pisanie nie było jego mocną stroną, ale z zadowoleniem pomyślał, że zabije przy okazji dobre dziesięć minut zbędnego czasu. Nie przyszło mu do głowy wysłać pocztówki żonie, gdyż pan Janusz żony nie miał. A jeśli nawet miał, to ich pożycie układało się w sposób, który Amundsenowi kazał szukać szczęścia w arktycznych lodach. – To ja poproszę sporty… – Trzy pięćdziesiąt. – I “Słowo Ludu”… I daj mi pani tą pocztówkę, o… O, tak, tą. Znaczek do niej ile będzie kosztował? – Czterdzieści groszy. Na list by kosztował pięćdziesiąt, ale na pocztówkę to czterdzieści. Coś jeszcze? – Nie, wystarczy. W tym samym czasie w Izabelinie ksiądz Aleksander Fedorowicz, dobry proboszcz Ali, witał się już ze śmiercią. Cierpiał, ale starał się z tym cierpieniem pogodzić. O wiele gorszy od cierpienia był strach. Rak. Tyle razy słyszał to słowo, tyle razy sam je sobie powtarzał przez ostatnie lata, a ani trochę się z nim nie oswoił. “Chory jest jak miasto otwarte po kapitulacji” – przypomniał sobie własne słowa, które skreślił w jakimś liście z odrobiną dumy, świadomy, że wyraża właśnie złotą myśl. M u s i a ł o być ciepło, skoro w wysokich Tatrach szwargoczący miłosne szlagworty turyści ruszyli w góry w samych koszulkach, tak lekkich, że pod wieczór…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawa człowieka. Zawieszone do odwołania?