Subskrybuj

Byzantion

Pod koniec listopada wybrałem się do Dominikanów na koncert bizantyjskiej muzyki liturgicznej; miał śpiewać najlepszy ponoć kantor na świecie.

W kościele było chłodno i ludno, na końcu prezbiterium stało pięciu ciemno ubranych mężczyzn, nadstawiano uszu, bo do nawy głównej śpiew dochodził z daleka. Mimo to wypełniał przestrzeń XIII-wiecznego, klasycznego gotyku. Głęboki, niski głos, basso continuo, był drabiną, po której wspinały się pozostałe głosy, nakładając się niekiedy na siebie, podtrzymując wzajemnie w swym dążeniu. Śpiewano pieśni z całego roku liturgicznego. Z głębi struktury harmonicznej wydobywały się często tony pastoralne. Beczały stada owiec i kóz, biegnące po górach, czuło się spiekotę dnia, majestat gwiaździstej nocy. Śpiew bizantyjczyków zwracał się ku Stwórcy. W sposób radykalny, hymniczny zwracało się w tym śpiewie ku swemu Stwórcy całe stworzenie, cały kosmos. Była to wielka różnica w stosunku do muzyki nowożytnej. Jako…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat patrzy na Chiny