Niewiele jest śladów starożytnego życia, które zdolne byłoby wywołać w dzisiejszych turystach silniejsze emocje od gipsowych odlewów ofiar zagłady Pompejów. Po tych jego mieszkańcach, których potężna erupcja Wezuwiusza w roku 79 z jakichś powodów nie wypędziła z miasta, pozostały w warstwie zgęstniałego wulkanicznego popiołu niewiarygodnie dokładne odbicia przestrzenne. Wypełnione gipsem zmieniły się w budzące dreszcz posągi umierających ludzi. Umierających właśnie, nie umarłych – to przeraża bodaj najbardziej. Widać w nich ostateczną rezygnację, bierną zgodę na śmierć. Może dlatego na ich tle tak wyraźnie odcina się gipsowy odlew psa znaleziony w domu Vesoniusa Primusa. To przy nim – rzecz szczególna – zatrzymuje się największa grupa zwiedzających. Poskręcane ciało zwierzęcia świadczy wymownie o tym, że pies do ostatniej chwili próbował walczyć o życie. I zapewne udałoby mu się tę walkę wygrać, tak jak większości zwierząt pompejańskich, które – mniej przywiązane do domów, cennych mebli i wypełnionych złotem szkatułek niż ich właściciele – zdołały w porę uciec z miasta. Ale pies Vesoniusa Primusa nie miał w tej walce najmniejszych szans. Uciekł tylko tak daleko, jak pozwalała mu długość łańcucha. Trudno winić właściciela, że ratując w pierwszej kolejności życie własne i swoich bliskich, nie zdążył pomyśleć o psie. Ale też łatwo zrozumieć naszą dzisiejszą reakcję, kiedy pochylając się nad gipsowym odlewem bezbronnego zwierzęcia wzdychamy głośniej niż nad sąsiadującym z nim odbiciem bogacza z domu Diomedesa, który – jak przypuszczamy – wrócił się do willi, by ratować swe kosztowności. Śmierć zastała go przy ogrodowej furtce, z kluczem w ręku i w towarzystwie niewolnika dźwigającego worek rodzinnych sreber. Literatura rzymska nie rozpieszcza nas, jeśli chodzi o liczbę zachowanych informacji na temat stosunku Rzymian do zwierząt. Najłatwiej dziś…