Do Hamburga pojechaliśmy pociągiem – ja i Klementynka, rezolutna, ośmioletnia osoba. Pociągiem podróżuje się wygodniej niż autem po autostradzie i można zjeść śniadanie w restauracji. Aby dobrze wykorzystać czas, postanowiłem, że będziemy na miejscu dziesięć minut przed otwarciem wystawy. Dlatego prosto z dworca, o godzinie 9.45, udaliśmy się pod gmach Kunsthalle. Siąpił zimny deszczyk. Stanęliśmy na końcu kolejki, która wiła się na schodach i kończyła na chodniku. Stało w niej z dwieście osób – wysokich, szpakowatych, eleganckich mieszczan w wieku zaawansowanym, którzy tak samo jak my byli punktualni i przewidujący. Odruchowo spojrzałem na zegarek – czekania było z pół godziny, a pociąg powrotny do Berlina mieliśmy o 12.40. Na szczęście zza rogu wybiegł ochroniarz i krzyknął, że otwarto boczne wejście. Pognaliśmy ku niemu razem z gromadą…