W czerwcu zeszłego roku zmarł profesor Leon Koj, w styczniu tego roku – profesor Jan Czerkawski, a w marcu dotknęła nas śmierć profesora Wojciecha Chudego. Pierwszy był przede wszystkim wybitnym logikiem i filozofem języka, drugi – historykiem filozofii nowożytnej, trzeci – filozofem człowieka i etykiem. Choć dzieliły Ich uprawiane dyscypliny i poglądy, łączyło Ich wiele. Byli znakomitymi dydaktykami – pełnymi pomysłów, pasji, charyzmy. Wnosili do KUL-owskiej filozofii ożywczy ferment, przypominając, że myśl chrześcijańska nie kończy się na św. Tomaszu z Akwinu. Sprawy wiary i jej relacji do rozumu, leżały im głęboko na sercu. A świadczyli o niej nie tylko intelektem, lecz także postawą: byli niezłomnymi i wspaniałymi ludźmi, którzy potrafili dostrzec w drugim człowieka. Ponieważ najdłużej i najbliżej znałem Profesora Wojciecha Chudego – Jemu poświęcę niniejsze wspomnienie. *** Pamiętam Go już od pierwszego roku moich studiów, które rozpocząłem w 1986 roku. W czwartki między zajęciami, w wąskim korytarzu „zaułka filozoficznego” nie sposób było nie dostrzec niedużej postaci na wózku inwalidzkim. Z nieodłącznymi atrybutami: czarną peleryną i książką na pulpicie. Często otoczony gronem podnieconych dyskutantów, którzy trwali w półprzysiadzie, by dobrze dosłyszeć jego słowa. Krążyły o Nim legendy. Mówiono: „idealista” (to w studencie pierwszego roku ówczesnej KUL-owskiej filozofii musiało wzbudzać dreszcz), „heglista” (dreszcz jeszcze większy!). Ale były też opinie bardziej praktyczne: „piła – ciężko zdać lektury”, „trzymaj z nim – może załatwić stypendium w RFN”……