Moje życie upływało w spokojnym rytmie, od wielu lat już wyznaczanym interesującymi wydarzeniami, jakie pojawiają się w zamkniętym kręgu gościnnych wykładów, podróży, badań, pracy nad książkami i korespondencji z ludźmi i instytucjami z różnych części świata. I oto naraz, niemal bez ostrzeżenia, zatrzymało się na ścianie.
Metafora ściany to najbardziej precyzyjny sposób opisania tego, co zaszło, bo oto zamknęły się przede mną naraz wszystkie drogi. Gdy się zastanowić, metafora ta pokazuje także, że najzwyczajniej zniknęły wszystkie horyzontalne wymiary mojego życia. Dlatego też, kiedy ktoś później opowiadał mi o swoich planach – dajmy na to – związanych z „przyszłym czwartkiem”, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Jeśli o mnie chodzi, od „przyszłego czwartku”, podobnie jak od zeszłego, mogłyby nas równie dobrze dzielić lata świetlne – to samo zresztą dotyczyło ówczesnego „wczoraj”.
Z symboliką wymiarów horyzontalnych spotkałem się pięćdziesiąt lat temu, podczas lektury książki Edwyna Bevana Symbolism and Belief. Bevan wprowadza w niej horyzontalność jako symbol Boskiej immanencji, wertykalność zaś opisuje jako symbol transcendencji Boga. Jakby nie było, pozbawiony zostałem jakiegokolwiek oparcia w wymiarze horyzontalnym, w którym my, istoty ludzkie, poruszamy się przez większość swojego życia, martwiąc się i zarazem odnajdując przyjemność i satysfakcję w pracy, biznesie, plotkach, przyjaźniach,…