Ogląda się Pan wstecz?
Dotąd tego nie robiłem, szedłem naprzód, i już. Wiem jednak, że mam przed sobą raczej mniej niż więcej życia. Jak to mówią Anglicy, nie wiadomo, kiedy staruszek kopnie w wiadro. Pani wizyta skłania mnie więc do małego rozrachunku. Zdaje mi się, że wszystko ułożyło się w jakiś… nie powiem, że sens, ale jednak w coś.
Dlaczego nie „sens”?
Mówienie o sensie przez duże „S” jest stratą czasu. Oczywiście każdy dzień niesie nowe sensy, mamy zadania do rozwiązania, problemy do przezwyciężenia, radości z różnych spraw. Ale czy te cząstkowe sensy składają się w jakiś wielki „Sens”? Nie myślę tak o życiu.
Co Pana cieszy?
O, proszę Pani, mnóstwo rzeczy. Powiedziałbym nawet, że jestem hedonistą, choć nie w potocznym rozumieniu.
Widzę tu sztangę obok biblioteczki.
Trenuję dwa lub trzy razy w tygodniu. Gdy tylko moje ciało zesztywnieje od długiej pracy, wsiadam na rower i jadę np. do Kalwarii Zebrzydowskiej. To jest jakieś 30 km, a po drodze górki, proszę nie zapominać.
Uprawiam lekkoatletykę: skoki w dal, rzuty, sprinty. Choć biegi ostatnio rzadziej, mniej pasują teraz mojemu ciału. Gdy potrzebuję szybkiego orzeźwienia, staję na głowie. Wytrzymuję tak pięć, siedem, dziesięć minut i od razu czuję się, jakbym wyszedł z chłodnej kąpieli.
Wszystkie narządy wracają na swoje miejsce.
Tak właśnie. Mogę pracować dalej. Ale jeśli ktoś nigdy nie uprawiał żadnego sportu solidnie, może nie wiedzieć, czym jest satysfakcja sportowca. I wcale nie mówię o radości ze zwycięstwa. Oczywiście w sporcie, zwłaszcza wyczynowym, trzeba zakładać cele, pewne etapy do przejścia. Opracowywać porządny plan, a potem sumiennie wcielać go w życie, latami.
W mojej dyscyplinie koronnej, czyli w ciężarach, które uprawiałem zawodniczo przez ponad 20 lat, chodziło mi o to, żeby się przekonać, do czego jestem zdolny. Konkretnie ja. Bez oglądania się na kogokolwiek.
I Pan to wie?Mam dane, bardzo precyzyjne. W tej chwili na ławce wyciskam 75 kg. Mój życiowy rekord to 125 kg, więc w ciągu tych 50……