Kiedy uświadomiłaś sobie, czym jest śmierć?
Gdy miałam siedem lat.
Co się wtedy stało?
Umarł mój dziadek. I to w mojej obecności. Mieszkaliśmy w dużym, trzypokoleniowym domu. Bardziej niż rodzice wychowywali mnie właśnie babcia z dziadkiem. Pamiętam, jak siedziałam obok niego na łóżku i słuchałam jakiejś historii, którą mi opowiadał. Nagle dostał zawału serca i dość gwałtownie zmarł.
Jak zareagowałaś?
Byłam w szoku. Po raz pierwszy widziałam martwą osobę, i to od razu kogoś tak mi bliskiego. Zobaczyłam, że to już nie jest mój dziadek, że to jest jakieś ciało, które nie odpowiada, nie reaguje.
Pierwotna, naturalna intuicja w ogóle nie podpowiada dziecku, że życie ma swój kres. Walter Benjamin twierdził, że dzieci są szczęśliwe, ale tylko do czasu, bo warunkiem szczęścia jest niewiedza o śmierci. Do tego wydarzenia byłam więc radosnym dzieckiem traktującym życie jak niekończącą się imprezę. Nawet jeśli znałam słowo „śmierć”, które gdzieś tam krążyło po świecie dorosłych, nie brałam go do siebie.
Wtedy po raz pierwszy doświadczyłaś jego znaczenia osobiście?
Może nie od razu, ale po pogrzebie, po całym rytuale związanym ze śmiercią, zaczęłam sobie to uświadamiać.
Pamiętam też, jak śmierć mi się przyśniła.
To znaczy?Śniło mi się, że krążę nad boiskiem, na którym bawiłam się wówczas z moimi dziecięcymi znajomymi. Byłam jak duch, który widzi wszystko z góry, kolegów i koleżanki – ale tylko jak duch, bo w istocie nie czułam się niczym, byłam tylko okiem znikąd obserwującym świat beze mnie. Oni się bawią. A mnie nie ma wśród nich. To było takie unaocznienie śmierci: jesteś, a potem cię nie ma, zostaje tylko ślad w pamięci osób, które nas znały, a po niektórych – ślad w kulturze. Z czasem i on się zaciera. Dzieci bawiły się, jakby nigdy mnie wśród nich nie było. Co ciekawe,…