Piotr Graczyk
Katechizm Kościoła Katolickiego poucza, że religijność ludowa jest to „cześć oddawana relikwiom, nawiedzanie sanktuariów, pielgrzymki, procesje, droga krzyżowa, tańce religijne, różaniec, medaliki”. Moje doświadczenia z tak rozumianą religijnością ludową są znikome i nie zawdzięczam jej niczego szczególnego. Ale Katechizm głosi też, że religijność ludowa w szerszym sensie to tyle co „zdrowy zmysł ludu” i „ewangeliczny instynkt”; inaczej mówiąc, jest to coś w rodzaju religijnego sensus communis łączącego prawdy wiary z konkretnymi formami życia danej społeczności, splatającego akty religijne z codziennością, a życie codzienne nasycającego wiarą. Pierwsza myśl, jaka nasuwa się przy tego rodzaju opisie, wiąże się z jego przednowoczesnym charakterem: pasuje on do społeczności żyjących w ustalonym kręgu spraw, do wspólnot funkcjonujących w ramach cyklu przypominającego cykl przyrodniczy, następowanie po sobie pór roku. Czy takie szczęśliwe i harmonijne społeczności kiedykolwiek istniały, czy dyskurs o „zdrowym zmyśle ludu” nie był tylko ideologiczną kołysanką mająca utrzymać niziny społeczne w ryzach? Mniejsza z tym – w czasach nowoczesnych, przy ciągle zmieniających się w skali całego globu sposobach produkcji i komunikacji, bezustannych przetasowaniach społecznych i przemianach form życia, samo wyobrażenie takiej wspólnotowej harmonii sacrum i profanumwydaje się nieadekwatne. Czegoś takiego dzisiaj nie ma. Co więcej, wyobrażenie takie wydaje się nie tylko anachroniczne ale również mało chrześcijańskie – jak gdyby wywodziło się z czasów pogańskich. Sam „instynkt ewangeliczny” wydaje się bowiem stać w sprzeczności ze „zdrowym zmysłem ludu” – Ewangelie każą bezustannie czuwać, a więc oczekiwać nadejścia nieoczekiwanego; Królestwo Boże jest jak złodziej w nocy, a gdy nadchodzi, jawnogrzesznice i celnicy okazują się bliżsi Bogu od tych, których ogół uznaje za porządnych ludzi (i którzy sami się za takich uważają). Wzorców zachowania nie mogę więc czerpać po prostu z tego co robią „wszyscy”, miarą nie może być to co wciąż cyklicznie się powtarza. Między Ewangelią a życiem społecznym jest jakiś cierń czy oścień, który nie pozwala im się ze sobą raz na zawsze pogodzić: te stosunki muszą pozostać napięte, niewygodne: nie mogę nie chcieć nasycenia codzienności Ewangelią, ale nie mogę też przeżyć życia nie śpiąc. Muszę chcieć dzielić wiarę z innymi, pragnę przekazać ją dzieciom – ale muszę tez pamiętać, że Krzyż to ostatecznie odosobnienie, wyniesienie w górę a zarazem w samotność; nie można zrozumieć Krzyża trzymając się za ręce i wesoło śpiewając. Tam gdzie dwoje lub troje (Simone Weil podkreśla, że nie więcej) zbiera się w Jego imię, tam zbierają się dwie lub trzy samotności, co dla samotności innej mają szacunek i nie chcą jej gwałcić. A jednak ten punkt Katechizmu nie wydaje mi się po prostu anachroniczny czy pozbawiony sensu. Pamiętam doświadczenie z czasów, zanim przyjąłem chrzest w Kościele Katolickim. Wychowany zostałem w rodzinie ateistycznej, w dzieciństwie nie miałem kontaktów z Kościołem. Jednak w liceum, gdy byłem w harcerstwie, żeby podczas obozów nie nudzić się w niedziele, zacząłem razem ze wszystkimi chodzić do wiejskich kościołów na msze. Zwykle jeździliśmy na ziemie zachodnie, które wtedy, w latach osiemdziesiątych, przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Poniemieckie wsie podupadały, brak zakorzenienia miejscowej ludności w zastanym krajobrazie kulturowym był wręcz namacalny. Ale inaczej było w kościołach – tam ludzie najwyraźniej czuli się u siebie, stawali się wspólnotą. Największe wrażenie podczas mszy czynił na mnie wtedy gest przekazania znaku pokoju. W tym momencie ludzie zwracali się ku sobie inaczej niż zwykle. Wyglądało to tak jakby nagle podnosili na siebie oczy, jakby nagle się nawzajem dostrzegali. Nie jako tych czy innych sąsiadów, z którymi wiążą ich takie albo inne interesy, ale jako bliźnich, którym się należy uwaga i szacunek. Można by pomyśleć, że ta chwila wyrywała ich z kręgu codziennego życia, w którym do innych – o ile nie należą do najbliższej rodziny – zwracamy się zawsze po to, żeby coś uzyskać. W tym momencie mszy zwrócenie się do innych było – wymuszonym przez liturgię – gestem spojrzenia na bliźniego jako na bliźniego, ćwiczeniem z bezinteresowności spojrzenia. Ten gest niekoniecznie miał jakieś konsekwencje w życiu poza budynkiem kościoła – ale jako znak wydawał…