Nie chcę ich oglądać.
Niech młodzi zwolennicy odgrywania na ulicach scen z historii poczekają jeszcze trochę, aż my wszyscy, pamiętający bez tego, poumieramy, aż zostaną po nas może jakieś notatki czy nagrania. I niezrozumiałe pamiątki, coś z epoki, czego nie pozbyliśmy się aż dotąd. Może dlatego, że, jak mój zielony płaszcz-kufajka, zdało taki egzamin, że jeszcze się przyda?
Jeszcze jedna myśl: w Afganistanie takie pojazdy teraz penetrują wąskie uliczki starych miasteczek. Poruszają się niestosownie szybko, bo nie chcą tkwić w osaczeniu. Niebezpiecznie znaleźć się na ich trasie. Mój wskrzeszony lęk, a jeszcze wyraźny wstręt, solidarny z ludźmi gdzieś tam, niedaleko ostrzelanego Nangar Khel.
Pochodzę z rąk Boga
30 grudnia 2007. Sama ze sobą, tylko w obecności oszadziałego lasu, bez książek i bez internetu. Nie przestaję jednak myśleć, szukać odpowiedzi, zdana na to, co pamiętam. To też właściwie samorekolekcje, nie publicystyka. Pod spodem, na dnie wielu dzisiejszych…