PIERWSZY SIERPNIA
Przed kolejną rocznicą Powstania Warszawskiego ciągle mnie ktoś pyta o wspomnienia – na starość zostałam „dzieckiem Powstania”. Nie podoba mi się ten tytuł. Jest on może odpowiedni dla tego chłopczyka, o którym mówi film Powstanie zwykłych ludzi– on urodził się 1 sierpnia jako syn powstańczego żołnierza i jego osiemnastoletniej żony. Przeżył dzięki matce i dzięki dzielności dobrych ludzi. Ona i ja pamiętamy, opowiadamy; możemy zabrać głos jako córki naszych matek i może istotnie jako dzieci Warszawy, gdziekolwiek przyszłyśmy na świat (ja w Toruniu) – nasz los był w tamtym czasie cząstką losu Warszawy. Młody fotograf pragnie zrobić piękne zdjęcia dawnym dzieciom warszawskim dziś wspominającym swój los. Twierdzi, że redakcja „Przekroju” chciałaby mieć nasze zdjęcie pod pomnikiem „Mały Powstaniec”. Mówię, że tam nie pójdę. – Dlaczego? – pyta pan Marek. – Bo mnie ten pomnik wścieka. Powinnam raczej powiedzieć: wkurza. W ogóle czuję, że mówię staroświeckim językiem. Panu Markowi czasownik „wściekać” (kogoś) bardzo się podoba. Chce jednak bliższych wyjaśnień. Co tak na mnie działa? Dość trudno wytłumaczyć. Kierunek wskazują słowa: „patos”, „fałsz”, „nieprzyleganie do przeżyć”. Na pewno jakiś rodzaj wstydu wobec przejawu „ojczyźnianości”. Nie u dzieci, którym udało się być z walczącymi, pomagać im i towarzyszyć, lecz u autorów takiej koncepcji pomnika. Nie zdobyłam się dotąd na wizytę w muzeum poświęconym Powstaniu; wciąż mam to tylko w planie. Myślę o dziecku z Groznego, które tam zbladło, zmartwiało i szepnęło nauczycielce, że to tutaj wszystko prawda, jak tam, u nich. Mały Asłanie, ja też pamiętam. Gdybym odwiedziła to muzeum, dowiedziałabym się dużo nowego. Bo uczestnicząc w wydarzeniu historycznym, doświadcza się tylko tego, co się wiąże z własnym drobnym wątkiem. Rzadko się zdarza panorama – taka jak…