W ostatnim półwieczu nastąpiła kolosalna przemiana w stosunku filozofii do literatury. Przed drugą wojną światową filozof-akademik – przynajmniej w świecie anglosaskim – uznałby pomysł cytowania na poparcie swoich tez powieści (o wierszach nawet nie wspominając) za złamanie filozoficznego decorum i dyscypliny. Dzisiaj natomiast profesorowie filozofii aż nadto są gotowi ostrzyć sobie pazury na etycznych i metafizycznych rozterkach Juliana Sorela, Isabel Archer czy Hansa Castorpa, a wręcz posługiwać się tymi postaciami jako manekinami krawieckimi do przymiarek swoich nowych teorii. Postaciom literackim w tym filozoficznym warsztacie przytrafić się mogą dziwne historie. Odarte ze swoich indywidualnych losów i zwymiarowane wedle ustalonych wzorców, poddane zostają filozoficznej rozbiórce, rzuca się im w twarz ich intelektualne i moralne niedostatki, a one z konieczności pozostają całkowicie bezbronne. To, co filozofowie nazywają dziś teorią wirtualną (termin z lekka orwellowski), jest próbą opisu życia etycznego tak, jak przeżywane jest ono w czasie, przy odrzuceniu wąskich i dość anemicznych tradycji etycznych opartych na regułach, a wyrastających z utylitaryzmu i kantyzmu. Zasadnicze wszakże niebezpieczeństwo, łączące się z używaniem postaci fikcyjnych jako przykładów (by nie powiedzieć: wzorców) życia moralnego polega na tym, że zapomina się, iż ich wartość i siła wynika z tego, że istnieją one dla nas jako istoty jedyne w swoim rodzaju – jeżeli, oczywiście, akceptujemy pogląd Kanta, że ocena estetyczna, w przeciwieństwie do etycznej, jest odpowiedzią na to, co jedyne w swoim…