Szukałem – ma się rozumieć – osób wrażliwych, inteligentnych, dobrze władających piórem. Ktoś ze znajomych wskazał mi Jankę. Nie była mi zupełnie obca, na łamach paryskiej „Kultury” czytywałem jej żywo i z pazurem pisane recenzje książkowe. Zadzwoniłem więc do niej, do Kopenhagi, wyłuszczyłem, na czym mi zależy, i umówiliśmy się na pierwsze telefoniczne nagranie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń, zrazu tylko telefoniczna. Musiało minąć dobrych kilka lat, w czasie których niejeden tekst zapisaliśmy na taśmie magnetofonowej, nim pojechałem do Kopenhagi. Na lotnisku czekała na mnie Janka. Pierwszych lodów nie trzeba było przełamywać; znaliśmy się przecież już dobrze, a nawet bardzo dobrze, ponieważ koncentrując się na głosie rozmówcy, musimy z samego dźwięku wydobywać to, co najważniejsze; byliśmy już po imieniu. Nasze trzydniowe rozmowy toczyły się wartko. Mówiliśmy o literaturze i kulturze, o poezji i prozie, o polityce i historii, o ciekawych ludziach i wspólnych znajomych. Załamywaliśmy ręce nad duchowym spustoszeniem wyrządzonym przez komunizm, wymienialiśmy uwagi na temat bezbrzeżnej głupoty europejskiego lewactwa, biadaliśmy nad losem „dobrych dzieci”, które troszczyły się o ciemiężonych i wyzyskiwanych. Pełne patosu, idealizmu i dobrej woli, stawały się „użytecznymi idiotami” i…