Przedstawmy sobie taką oto scenkę – w realiach Rzymu, szczególnie późnej, cesarskiej epoki, wcale nierzadką: oto wybucha pożar w jednym z maleńkich mieszkanek w potężnej, pięciopiętrowej kamienicy czynszowej. Potrącona lampka z oliwą, wiklinowe przepierzenia, po których ogień przenosi się z mieszkania do mieszkania i między piętrami, wreszcie najwyższe kondygnacje wykonane z drewna – to wszystko wystarczy, by w ciągu kilku minut ogień rozprzestrzenił się do tego stopnia, że nie ma mowy, by dało się uratować coś więcej niż kilka drobiazgów z wnętrza sklepików umieszczonych na parterze. Jak gasić pięciopiętrowy budynek, przybiegając z wiadrem wody, choćby tych wiader były nawet setki? Na szczęście już w I w. p. Ch. Rzymianie mogą liczyć na pomoc zorganizowanych straży pożarnych. W odpowiedzi na okrzyki przerażonych mieszkańców zjawiają się niewolnicy Marka Krassusa. Są pierwsi na miejscu tragedii, wyposażeni w pompki strażackie i gotowi rzucić się w ogień. Przybywają na miejsce i… czekają cierpliwie na sygnał od zatrudnianego przez Krassusa pośrednika handlu nieruchomościami. Gdy ten potwierdzi, że uzyskał od zrozpaczonego i bezradnego właściciela kamienicy podpis na dokumencie sprzedaży, przystępują ochoczo do gaszenia domu, który w ten oto sposób, szybko i tanio, staje się własnością ich pana, Marka Licyniusza Krassusa, jednego z najbogatszych obywateli rzymskich, a wkrótce także członka triumwiratu niepodzielnie rządzącego przez chwilę tym, co zostało z republiki rzymskiej. Zanim…