Subskrybuj
Lawrcence Grobel fot. Jeff Vespa/WireImage/GettyImage
Dziennikarka dwukrotnie nominowana do nagrody Grand Press w kategorii wywiad, redaktorka

Wybierz najlepszą opowieść

Czasami czytam wywiady, które sprawiają wrażenie, że wygenerowała je sztuczna inteligencja. Ludzie brzmią w nich elokwentnie, jednak nie ma w nich niczego głębszego, nie ma w nich duszy. Wywiad opiera się na wyłuskiwaniu tego, co zaskakujące, niewystudiowane, na tych wszystkich: „Ale czekaj, jak to?!”. AI tego nie potrafi.

Uczysz studentów, Twoje książki są pełne rad dla przyszłych dziennikarzy – a jaka jest najlepsza rada, jaką sam dostałeś?

Szczerze powiedziawszy, nie dostałem żadnej. Jako dziennikarz byłem wrzucony na głęboką wodę i wszystkiego uczyłem się po drodze. Jeden z moich pierwszych dużych wywiadów, z Alem Pacino w 1978 r., liczył z początku 2 tys. spisanych z taśmy stron! Musiałem nauczyć się je indeksować, wyłuskać najlepszy materiał, nadać mu strukturę. Tak się uczyłem zawodu.

Pierwsza rzecz, której musisz się nauczyć w tej pracy, to nie zrażać się odmową. Choć reprezentowałem dużą gazetę, namówienie na wywiad Barbary Streisand zajęło mi 17 miesięcy. Z Marlonem Brando było podobnie. Z Laurence’em Olivierem nigdy się nie udało, ale pisałem do niego z prośbą o rozmowę co kilka miesięcy aż do jego śmierci. Normana Mailera przekonałem dopiero po tym, jak wysłałem mu telegram – e-maile jeszcze nie istniały – w którym wyjaśniałem, dlaczego powinien się ze mną spotkać. W końcu oddzwonił: „Okej, przyjeżdżaj”. Pisarz James Michener także długo się opierał, a gdy zaczęliśmy, rozmawialiśmy przez następnych 17 lat, od 1980 do 1997 r. Zaczęło się wywiadem dla „Playboya”, skończyło książką.

Jak wygląda cała logistyka takiego wywiadu?

Często spotykałem się w domach gwiazd czy w hotelach, gdzie się zatrzymali, ale kiedyś policzyłem, że ze 40 rozmówców – m.in. Harrisona Forda, Angelinę Jolie, Sharon Stone – gościłem u siebie w domu. Bo jak ktoś mówił: „Spotkajmy się w restauracji”, wiedziałem już, co to oznacza.

Podsłuchującą publiczność?

Przede wszystkim dźwięk sztućców, brzęk talerzy i całą tę resztę, którą dyktafon łapie bezlitośnie. Dlatego wtedy proponowałem: to może spotkajmy się u mnie, mieszkam w kanionie, gdzie jest cicho i przyjemnie, zrobię coś do jedzenia, będzie nam się łatwiej gadało. Niektórzy agenci znali mnie potem jako „tego dziennikarza, co sprasza do siebie gwiazdy”, lecz to się zwykle sprawdzało.

Co im wtedy gotujesz?

Prawdę mówiąc, jedzenie zawdzięczaliśmy zawsze mojej żonie, która gotuje po mistrzowsku. Kiedyś zrobiła azjatyckie pierożki, które tak zachwyciły Pavarottiego, że gdy zadzwonił agent z informacją, iż limuzyna właśnie podjechała, a pod Tower Records stoi kolejka fanów licząca z tysiąc osób, on powiedział, że niestety, wszyscy muszą jeszcze poczekać, bo on właśnie poprosił o dokładkę.

Czego dziś uczysz studentów dziennikarstwa?

Najważniejsze to być dobrze przygotowanym do samej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia