Subskrybuj
Ilustracja: Andrzej Wieteszka
Ilustracja: Andrzej Wieteszka
Eseistka i kulturoznawczyni, badaczka związków sztuki, roślin i pracy opiekuńczej. Laureatka stypendium artystycznego m.st. Warszawy w dziedzinie literatury. Mama dwojga dzieci

Ludzkie epidemie

Pamiętacie jeszcze, jak to wtedy było? Jak dezynfekowało się klamki, myło ręce niemal do krwi? Jak tęskniło się za bieganiem, na które dotychczas chodziło się z przymusu, a nie z prawdziwej ochoty? Pamiętacie, jak szybko to wszystko wyparliśmy? Kiedy nadejdzie kolejna pandemia, która nam o tym wszystkim przypomni?

To miał być prosty tekst o sezonie infekcyjnym. Gorzki żart z samej siebie, napisany między jedną żłobkową zarazą a drugą. Stary dobry śmiech przez łzy. Równie powtarzalny i przewidywalny jak coroczna szczepionka na grypę albo jesienne kolejki w przychodniach czy rytualne zrzędzenie na brzydką pogodę. A potem wspólne, radosne z tego gderania kpiny.

Sądziłam, że jako matka dzieci w wieku przedszkolnym, która przeżyła z nimi pandemię – kwarantanny, lockdowny, maseczki, codzienną walkę o zrobienie testu przed wyjściem do placówki – uodporniłam się już i na temat sezonowych wirusów, i na doniesienia o kolejnych, coraz bardziej wszechobecnych patogenach. Niestety, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. A Polka, jak zwykle, jest mądra dopiero po szkodzie.

Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji

Zaczęło się, jak wiadomo, jesienią. Na targu zwierzęcym w Chinach. Ale nie w Wuhan w 2019 r., tylko szesnaście lat wcześniej w Kantonie, w prowincji Guangdong, gdzie w 2003 r. pewien nieznany dotąd ludzkości koronawirus przeniósł się z nietoperzy podkowiastych na stłoczone obok w klatkach węże, jenoty i łaskuny. Ze ssaków miał niedaleko do sprzedających i kupujących je ludzi, którzy po kilku dniach od zakupu budzili się z ciężką niewydolnością oddechową, nazwaną po fakcie SARS. Dziennikarka Sonia Shah, która opowiada o tym w wydanej w 2016 r. książce Epidemia.

Od dżumy przez HIV po ebolę (wyd. polskie 2019 r.), podkreśla, że w naturalnym środowisku taki transfer wirusa byłby właściwie niemożliwy, ponieważ nietoperze, łaskuny i ludzie zajmują na tyle różne siedliska, iż w przyrodzie właściwie ich drogi się nie przecinają.

Narodziny „większości nowych patogenów”, tłumaczy Shah, nie są więc wcale dziełem nieszczęśliwego przypadku: „Drobnoustroje stają się patogenami poprzez podążanie ścieżkami, które sami dla nich torujemy, przy czym ścieżki te wytyczane są wzdłuż określonych tras. (…) Polowanie na zwierzęta i zjadanie ich prowadzi do kontaktu ludzi z tkankami i płynami innych żywych istot, co stanowi dobrą okazję do zakażenia. (…) To także powód, dla…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku