Trwają dyskusje, czy znał 28 języków czy też 23. Tłumaczył bodaj z 18, w tym z sanskrytu, tybetańskiego i pali, o banalnych wszystkich językach europejskich nie wspominając. Pamiętam osłupienie Roberto Calasso, szefa elitarnego wydawnictwa Adelphi w Mediolanie, gdy zobaczył listę autorów tłumaczonych przez Kanię, kręcił głową z niedowierzaniem: „Przecież to są wszystko moi autorzy: Eliade, Cioran, Kerényi, Graves, ale ja do każdego z nich potrzebuję osobnego tłumacza – a ten facet robi to sam!”. Najbardziej niesamowita była rozbrajająca szczerość i prostota, z jaką Irek mówił, że tego akurat języka nauczył się w miesiąc, tamtego, bo chciał w oryginale przeczytać Boską komedię – z równą łatwością kto inny mógłby przejrzeć gazetę i miałoby się wrażenie, że zajmuje mu to mniej więcej tyle samo czasu.
Jak nikt inny
Nie pamiętam dokładnie okoliczności, w jakich się poznaliśmy – zapewne przy okazji jego odwiedzin w redakcji, gdzie zwykł wpadać bez uprzedzenia – ale doskonale pamiętam wspólną przygodę, jaką było wydawanie w Znaku pomnikowej serii „Mity. Obrazy. Symbole”. Był to autorski projekt Ireneusza Kani. Jako jej redaktor proponował kolejne tytuły, niektóre sam tłumaczył (np. Potęgę mitu Josepha Campbella). W serii opublikowaliśmy ponad 20 tytułów, w tym dzieła takich klasyków, jak: Mircea Eliade, Gerschom Scholem, C.S. Lewis, Jean-Paul Roux, Manfred Lurker, Umberto Eco, Roberto Calasso (Zaślubiny Kadmosa z Harmonią, ze wstępem…