Na początku otwierającego debiutancki zbiór dramaturgiczny Mateusza Pakuły Białego Dmuchawca para bohaterów, Mateusz i Karolina, w ramach studenckiego projektu udaje się do tytułowej wsi, by tropić ślady morderstwa sprzed lat. Niczym Lynchowscy detektywi (porównanie do reżysera Twin Peaks kusi czytelników z okładkowego blurba autorstwa Łukasza Drewniaka) odbywają cykl dziwnych spotkań z przedstawicielami lokalnej społeczności, mimowolnie uczestnicząc w serii coraz bardziej niepokojących zdarzeń, rozgrywających się w dusznej, jak gdyby zakrzywionej rzeczywistości. Mimowolnie, bo – choć przyjechali tu, by tropić kryminalną zagadkę – czytelnik odnosi wrażenie, że studenci nie byli do końca przygotowani na to, co czeka ich na niesamowitej prowincji, gdzie trupy dosłownie wyłażą spod podłogi. W kulminacyjnym momencie sztuki ku swojemu przerażeniu odkrywają, że wcielili się w bohaterów swojego śledztwa. Już na samym początku twórczej drogi Pakuła zdaje się ostrzegać: jeśli zanadto zapatrzysz się w otchłań, otchłań odwzajemni twoje spojrzenie. A może nie ostrzega, lecz zachęca.
Bo Pakuła nigdy nie przedkłada dobrostanu czy samozadowolenia odbiorcy nad wartość, jaką niesie ze sobą konfrontacja.
Narrator najnowszej powieści, zatytułowanej Skóra po dziadku, również wchodzi w rolę detektywa, który ma rozwikłać mroczne zagadki lokalnej społeczności. I – podobnie jak imiennik autora z debiutanckiego zbioru – w pewnym momencie wciela się w tego, którego losy…