O Julii Keilowej, rzeźbiarce i projektantce metaloplastyki z okresu międzywojennego, nie wiadomo zbyt wiele. Kiedy na zajęciach na Wydziale Projektowania Uniwersytetu SWPS wspólnie z Bartoszem Muchą poprosiliśmy osoby studiujące o stworzenie projektów zainspirowanych jej twórczością, jedną z odpowiedzi było skomponowanie zapachu. Niejednoznacznego, wielopoziomowego, opartego na niedopowiedzeniach. Julia Grabowska i Weronika Pawlikowska połączyły w nim nuty mimozy, irysa pachnącego pudrem i szminką, benzoesu przypominającego złoto oraz eukaliptusa i szafranu symbolizujących świeżość nowych technologii. Stworzone przez nich perfumy zawierały też żywiczny biały oud, który kojarzył im się z opiłkami metalu, oraz tytoń i kaszmir pachnące bibliotecznym czy muzealnym kurzem. Tak powstał ulotny, wrażeniowy portret artystki.
Agnieszkę Dąbrowską i Monikę Siwińską, kuratorki wystawy Julia Keilowa. Projektantka, którą do 1 września można zobaczyć w Muzeum Warszawy, obserwowałam przy pracy. Choć dysponowały muzealnymi zbiorami, badaniami poprzedników i informacjami od zaprzyjaźnionych kolekcjonerów, ich poszukiwania czasem przypominały właśnie próby uchwycenia ulotnego zapachu. Kilka lat kwerend, łączenia rozproszonych informacji, korygowania błędów w atrybucji prac, a także odnajdywania nowych zaowocowały wystawą i pierwszym katalogiem prac artystki (wkrótce ten wysiłek ma dopełnić biografia Keilowej…