Subskrybuj
Ilustracja: Katarzyna Surman
Z wykształcenia humanistka, z pochodzenia proletariuszka. W dzieciństwie lubiła grać w piłkę (jako napastniczka), oglądać Króla Lwa i chodzić do kościoła. W dorosłym życiu lubi spać, oglądać stare filmy i słuchać soulu z lat 60....

Moje najlepsze wakacje 

– O co gramy? – zapytał Antek.

– O to co zawsze, kto ma gorzej – odpowiedziała Weronika.

– Raz, dwa, trzy! – Antoni zaserwował.

Wszyscy rozpierzchli się już dawno. Tylko ja podziwiałem najlepszy forhend Weroniki w życiu, top spin w stylu Nadala. Antoni leżał na korcie znokautowany. Jego oko podbiegło krwią. Granatowiało i czerwieniło się jak niebo nad nimi. Zerwał się wiatr, ten ciepły, drżący wiatr. Szła burza, musieli uciekać.

I

Latem przyjechała pani Weronika. Ostatniego dnia roku szkolnego wysiadła na sparciałym przystanku PKS. Po lewej stronie rozciągało się seledynowe pole, a po prawej gęsty las. Szafirową ścianą zbliżała się do niej czerwcowa burza. Nigdy nie potrafiła odróżnić złości od smutku, dlatego kiedy szła z torbą przewieszoną przez ramię, choć mama mówiła: kup sobie taką zwykłą na kółkach, nie będziesz musiała dźwigać, nie wiedziała, czy jest zła czy smutna. Plecak jej ciążył, mimo że przez ostatnie trzynaście lat nauczyła się szybko pakować, nie gromadzić rzeczy. Klamoty wybijały takt rozpadu. Melodię, która drażniła jej uszy.

Musiały się rozstać, to było nieuniknione. Ich miłość przemieniła się w spektakl bezmyślnych zranień. Ale Weronika nie znała innego życia. Ona była jej życiem. Jej sprawy, marzenia, jej nieustanny ruch. Zatrzymała się na skraju jakiegoś gospodarstwa i zwymiotowała. Poczuła w bucie kamień i zadrżała z irytacji. Lub smutku. Takiej letniej drogi, pokrytej starym asfaltem wypłowiałym od słońca, chropowatej i zarośniętej chwastami, nie widziała od lat. Od ich pierwszych wspólnych wakacji. Od drobnych sentymentów dygotała. Zmęczona nieustannym nazywaniem, powiedziała sobie: „Zamknij się”, i to zadziałało, zamiast siebie usłyszała w końcu świat.

Z naprzeciwka zbliżał się do niej na rowerze bardzo piękny mężczyzna. W jego efektowności było coś nadnaturalnego, niemal lśnił. Drałował po szosie, jakby należała do niego. Nawet nie drgnęła, kiedy zrozumiała, że jedzie wprost na nią. Zdążył się zatrzymać, ale sama potencjalność zderzenia sprawiła jej przyjemność. W ogóle się go nie bała, czekała na nie.

– Potrzebujesz pomocy? – zapytał dziarsko.

Rozbawiło ją to. Zdjął okulary i wytarł spoconą twarz. Był naprawdę piękny. Zaskoczyła ją własna odpowiedź na jego pytanie. Powiedziała po prostu „tak”.

– Tak, próbuję dostać się do podstawówki w Wolinie Dolnym.

– Czekaliśmy na ciebie – powiedział….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii