Jest w tym coś z dziecięcej ciekawości, a coś z kiepskiego podrywu. Idziesz ulicą, słuchasz audiobooka i nagle kątem oka zauważasz ten zarys, kusząco wyraźny na szarym tle roztopów. Zatrzymujesz się, podchodzisz i zaczynasz się przyglądać. Z początku ukradkiem, niepewnie, bo nie chcesz wyjść przed ludźmi na dziwną. Wkrótce zapominasz o wstydzie, podchodzisz bliżej i zaczynasz się bezwstydnie gapić na jej kształty, poczerwieniałą skórę. Czasem idealnie gładką, czasem nieco pomarszczoną. W głowie kołacze ci się, że już kiedyś ją spotkałaś, że przedstawiono ci ją i poznałaś jej imię, za nic jednak nie możesz sobie przypomnieć, kim jest. Wyciągasz więc telefon i niemal na oślep klikasz w znajomą ikonkę. Robisz zbliżenie. Potem jeszcze jedno. I czekasz kilka sekund, aż aplikacja wypluje zdjęcia potencjalnych kandydatek. Zielone, bujne, nijak niepodobne do ogołoconego pnącza, które zwisa ci przed nosem. Po prostu na żywo, bez filtra, wygląda inaczej. Ale przynajmniej wiesz już, kim jest, przynajmniej poznałaś jej imię i zaspokoiłaś ciekawość, więc możesz iść dalej. Nie pytając o samopoczucie ani nie oglądając się za siebie. Bo o czym niby miałybyście rozmawiać? Przecież w gruncie rzeczy wcale się nie znacie. Może potem, jak znajdziesz chwilę, przeczytasz coś na jej temat w Wikipedii. A może zapomnisz. Wiadomo, ile teraz wszystkie mamy na głowie. Przynajmniej kiedy następnym razem na nią wpadniesz, nie pomylisz jej znów z głogiem, zatem nie będzie ci głupio. Chociaż z drugiej strony co za różnica? W końcu „to, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało”. Oj, powąchałabyś teraz takie róże w rozkwicie. Albo głogi, jeśli też kwitną. Albo berberysy. Byleby kusiły intensywnym zapachem i przyzywały kolorem. Byleby dały ci pogładzić palcami miękkie jedwabiste płatki.
Eseistka i kulturoznawczyni, badaczka związków sztuki, roślin i pracy opiekuńczej. Laureatka stypendium artystycznego m.st. Warszawy w dziedzinie literatury. Mama dwojga dzieci