Bar z burzą za oknem
W barze nie było już nikogo. Barman stawiał ostatnie krzesła na mokrych blatach drewnianych stolików.
Przepraszam, że zawracam głowę.
Jestem Krzysztof. Chciałem zapytać, czy nie jesteś może osobą, która mieszkała w Gostyninie na Bierzewicach, z którą kiedyś jeździłem na rowerze i zbierałem śmieci na Białym. Jeśli to nie ty, to przepraszam.
Żałuję, ale to nie ja. W oddali błysnęło. Miło wspominam tę znajomość, bo bardzo pani podobna do tamtej osoby. Deszcz mocno bębnił w szybę. Silna burza. Tak.
Siedzieli już tylko w milczeniu. To, co przychodziło im do głowy, albo nie nadawało się do wypowiedzenia, albo nie znalazło odpowiednich dla siebie słów. Patrzyli w noc, każde w swojej niemej obecności, która wcale nie była cicha.
Tak zupełnie niezobowiązująco, życzę ci wszystkiego, co sobie tylko wyśnisz. Pomyślała, że dziś wyśniła sobie burzę. W barze zgasły ostatnie światła. Dobranoc. Dobranoc.
Gub śrubki
Gablota z ogłoszeniami nie odbijała niczego, nawet światła jaskrawych jarzeniówek. Jak słońce może blikować w słoninie? Może dlatego, że tłoczyło się przed nią kilka osób, szczelnie zasłaniając sobą pobrudzone szkło. A może dlatego, że była zatłuszczona lepkimi paluchami bezrobotnych i nigdy,…