Była Łódź i było miasto. Od urodzenia żyłem w obu tych miejscach – jednocześnie, na przemian, rozmaicie – bo przenikały się one wzajemnie. Bezbłędnie jednak wyczuwałem różnicę, choć nikt z bliskich nie zdradził mi nigdy, dlaczego istnieje i Łódź, i miasto. Musiałem sam mierzyć się z tą anomalią, niewytłumaczalne i dziwne zamieniać w przygodę.
Łódź to Stawy Jana, węże i kotki wytatuowane na ciałach młodych, zbytkujących u brzegu kryminalistów, lodowaty muł rozpuszczający się pod stopami niczym wiosenny śnieg, zapach kanapek z żółtym serem, klubowych i piwa oraz ulatujący w niebo zgiełk szczęśliwej ciżby, którą tu, na południowe, najdalsze peryferie, „nad wodę”, wyganiał skwar lata, nuda lata, letnia duchota, nie do zniesienia w kamienicach i na osiedlach. Miastem zaś było Kąpielisko Fala – kompleks basenów przy dworcu Łódź Kaliska. Prawdziwym kultem otaczano ten z nich, największy, w którym raz na godzinę (bądź pół) generowano sztuczne, hojne fale, dzięki czemu ci, co akurat chcieli, mogli oddać się kilkunastominutowej fantazji, że oto są na Hawajach albo w Kalifornii – i buja nimi pacyficzny lazur – choć dokoła trwał PRL i rok, powiedzmy, 1987.
Parterowy dom…