„W imię ojca mnie i syna”
Pawlikowska-Jasnorzewska, Poświatowska, Baczyński, Świetlicki, Pióro, Maj… Niektórzy poeci mają szczęście do nazwisk w szczególny sposób odsłaniających osobliwość ich poetyckiego rzemiosła i odzwierciedlających autorski stosunek do świata. Wielu innych próbuje radzić sobie na własną rękę, stąd wielokrotnie już opisywany fenomen pseudonimu literackiego, mogącego pełnić również – jak w niezapomnianych kalamburach Tuwima i Gałczyńskiego czy słynnych heteronimach portugalskiego poety Fernanda Pessoi – niebagatelne funkcje artystyczne . Tak czy inaczej, o tym, że w literaturze forma autorskiej sygnatury posiada status szczególny, zaświadcza szereg interesujących, całościowych interpretacji wychodzących od imienia własnego, wśród których prym wiedzie słynne Sygnowane Ponge (Signéponge) Jacques’a Derridy. Uznając imię i nazwisko poety Francisa Ponge’a „za swoją regułę, regułę dla nas wszystkich”, Derrida wskazuje na konieczność „poddania się temu, czego [imię poety] nas nauczy”, zwrócenia się ku „pracy, która toczy się w samym jego imieniu” .
Obchodząca właśnie swoje osiemdziesiąte urodziny Krystyna Miłobędzka nie musi uciekać się pod obronę pseudonimu. Słowo „Miłobędzka” nie jest bowiem jedynie pięknym, staropolskim nazwiskiem, którego klarowna budowa nie może stanowić wyzwania dla onomastów. Jestem przekonany, że jest ono równocześnie wskazówką interpretacyjną, pozwalającą lepiej zrozumieć dzieło tej, przez długie lata sytuującej się na marginesach życia literackiego,…