Dorastała Pani w latach 50., na przedmieściach Filadelfii, gdzie oczekiwania względem młodych kobiet były raczej stereotypowe. Co sprawiło, że Pani życie potoczyło się inaczej?
Zawdzięczam to swojemu ojcu. Chciał, żebym była sobą. Pracował jako prawnik i pisarz, a życie spędzone na refleksji stanowiło dla niego źródło radości i entuzjazmu – to nas łączy. Wspierał mnie w rozwoju akademickim, nigdy nie sugerując nawet w najdelikatniejszy sposób, że to coś nieodpowiedniego dla kobiet. Dlatego, nawet gdy przydarzały się trudne chwile, takie jak nieprzyznanie mi stałego etatu na Harvardzie, nie poddałam się.
Potem pojawili się inni ludzie, którzy okazywali mi wsparcie – oczywiście w większości byli także mężczyźni, ponieważ z nich składało się środowisko akademickie.
Gdy zaczynałam studia magisterskie na Uniwersytecie Harvarda, na filozofii wśród kadry nie było żadnej kobiety. Na filologii klasycznej pracowała tylko jedna.
Gdy wkraczała Pani do świata filozofii, poza szczególnymi przypadkami, takimi jak Simone de Beauvoir czy Hannah Arendt, niewiele kobiet posiadało w nim wyrobioną renomę. Czy te myślicielki stanowiły dla Pani wzór do naśladowania?
Cóż, de Beauvoir nie była akademiczką. Nie uważałam, że jest szczególnie dobrą filozofką. Prawdę mówiąc, stanowiła skrajnie zły wzór dla jakiejkolwiek młodej kobiety, ponieważ wraz z Jeanem-Paulem Sartre’em była zaangażowana w inicjowanie relacji seksualnych opartych na wzajemnej rywalizacji i gierkach, które niszczyły psychikę wielu młodych ludzi.
Z kolei Hannah Arendt reprezentuje inną tradycję filozoficzną od mojej. Z tego względu nie uznawałam jej za szczególny wzór. Ten stanowiła dla mnie bardziej Iris Murdoch, filozofka na Uniwersytecie Oksfordzkim, która łączyła pracę akademicką z powieściopisarstwem. Pisała cudowne rzeczy o filozofii…