Nie wydały Szekspira, Rembrandta, Kanta ani Gaussa. Wszyscy to wiemy dzięki Virginii Woolf, a zbyt długo by dywagować, dlaczego tak jest. One – jako kolejne wcielenia kobiecego losu albo: losu ludzkiego w jego aspekcie zmarginalizowanym, nieawantażownym, egzystencjalnie odkuchennym. Role kulturowo męskie i role kobiece, działania męskie i działania kobiece różnią się diametralnie pod jednym względem: czynności męskie, przynajmniej teoretycznie, celują w konkret, choćby przygotowawczo. Figura mężczyzny, który czyści broń, ostrzy szablę, pucuje do połysku buty – robi to, co mu, niewątpliwie, służy, co poniesie dalej akcję. A kobieta? Pierze, zmywa, zamiata, gotuje, szoruje. Te czynności nie służą niczemu poza podtrzymywaniem egzystencji. Trudno je afirmować i łatwo przegapić, że w ogóle zostały wykonane – oczywiście do czasu, bo zaniechanie rychło demaskuje, jak bardzo były potrzebne. Widać je tylko w skali zaniedbań – a i wtedy rzadko, choćby od strony negatywnej, przemknie ku nim jakiś gest wdzięczności. Gdzie tu jednak miejsce na sens, a cóż dopiero na zachwyt?
Adiunkt na Wydziale Polonistyki UW. Recenzentka i czytelniczka literatury najnowszej. Autorka prozy Elizje (Kraków 2017) i po drugiej stronie siebie (Kraków 2019), a także książek naukowych np. Lektura jako spotkanie. Brzozowski – tekst – metoda...