Na studiach pracowałam dorywczo w budce-piekarni na Rynku Bałuckim w Łodzi. Osy cięły mnie po rękach, gdy sięgałam po pączki, w plecach mi strzelało, gdy przesuwałam skrzynki, by podać komuś chleb – nie, nie ten, tamten taki bardziej wypieczony proszę.
Może powinna mi po tym zostać bazarowa trauma, ale tylko wzmocniła się we mnie bazarowa miłość.
W marketach i sklepach spożywczych więdnę, bo w skrzynkach są najczęściej „jabłka polskie”, a pochodzę…