W każdej rozmowie o tym, kim jesteśmy, kim byliśmy i kim być możemy, prędzej czy później musi pojawić się opowieść o Mężczyźnie-Łowcy. I nie tylko o Mężczyźnie, ale także o Kobiecie i Dziecku. Istnieją niezliczone warianty tej historii, wszystkie brzmiące mniej więcej podobnie: w czasach prehistorycznych mężczyźni polowali i przynosili zdobycz do domu, aby nakarmić kobiety i dzieci, które tymczasem siedziały z założonymi rękami, całkiem od nich zależne. Na ogół to wszystko działo się w rodzinach nuklearnych, gdzie mężczyźni zapewniali byt wyłącznie swoim najbliższym, a kobiety nie tworzyły żadnej wspólnoty współpracującej przy wychowaniu dzieci. Kobiety w każdej wersji traktowane są jak tłumoki służące tylko do rozmnażania.
Choć ta opowieść stawia tezy na temat społeczności ludzkich istniejących 200 tys., a nawet 5 mln lat temu, ona sama nie jest zbyt stara; skądkolwiek się wzięła, wydaje się, że szczyt jej popularności przypadł na połowę ubiegłego wieku. Oto wyimek z Nagiej małpyDesmonda Morrisa, słynnej pod koniec lat 60.: „Ponieważ okres zależności potomstwa od rodziców trwa u małpy drapieżnej niezwykle długo, a opieka nad nim jest bardzo absorbująca, przeto samice nie mogły prawie wcale opuszczać stałych siedzib. (…) Zespoły osobników udających się na łowy, w przeciwieństwie do zespołów łowieckich u »czystych« mięsożerców, miały teraz składać się wyłącznie z samców. (…) Wyruszyć na poszukiwanie pokarmu, pozotawiając swe samice na pastwę zalotów innych samców, było dla samca prymatów rzeczą niesłychaną. (…) Tak doszło do powstania par…