Subskrybuj
Maria Ledkiewicz, lata 50. fot. archiwum rodziny
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Ten wielki dar zachwytu. O Marii Ledkiewicz-Wodnickiej

Trudno jest pisać o Zmarłych, których się kochało. Pamięć blaknie i kłamie, giną szczegóły, a w głowie cały czas pojawia się pytanie: czy to, co napiszę, spodobałoby się tym, o których piszę?

W 2009 r. zacząłem prowadzić badania w Gabinecie Farfurowym w wilanowskim pałacu, którego ściany zdobiły prawie 2 tys. holenderskich płytek z końca XVII w. 42 z nich były jednak XX-wiecznymi uzupełnieniami, pastiszami, które natychmiast przykuły moją uwagę. Chciałem dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Detektywistyczne niemal śledztwo biegło od archiwów Pracowni Konserwacji Zabytków po krakowską Akademię Sztuk Pięknych oraz dziesiątki ludzi, którzy mogli mnie gdzieś skierować, a w końcu doprowadziło pod drzwi mieszkania-pracowni przy ul. Królewskiej w Krakowie. Mieszkała tam Osoba, która te flizy namalowała jako studentka. Artystka ceramiczka, pani profesorowa Maria Ledkiewicz-Wodnicka, żona Adama Wodnickiego, wybitnego eseisty, tłumacza i artysty, byłego prorektora i dziekana Wydziału Form Przemysłowych ASP. Szedłem na to spotkanie z duszą na ramieniu, dźwigając bukiet tulipanów i zastanawiając się, czy dobrze zrobiłem wkładając marynarkę, a nie garnitur. Drzwi otworzyła drobna, krucha dziewczyna w czarnej, skromnej sukience i sznureczku pereł na szyi. Miała wtedy 74 lata, ale słowo „dziewczyna” było jedynym, za pomocą którego mógłbym ją opisać. Uśmiechnęła się i powiedziała: „To ty jesteś tym chłopcem, który pasjonuje się ceramiką. Wchodź, proszę”. Dostałem do wypicia rodzinny drink Wodnickich, tzw. zawałówkę (zmrożony spirytus z sokiem porzeczkowym i lodem), wyciągnąłem pióro i kartki, zaczęliśmy rozmawiać o jej pracach. Prof. Wodnicki pisał wtedy sobie coś w kuchni. Wysłałem potem list, podziękowanie za spotkanie, na który odpowiedź przyszła już jako e-mail. Było to zaproszenie na kolację. W ciągu kolejnych 11 lat takich kolacji było kilkadziesiąt. W ich trakcie profesor stał się Adamem, profesorowa Marysią, a my sami przyjaciółmi. Paradoksalnie jednak, w korespondencji dalej zachowaliśmy oficjalne formy, sam nie wiem czemu. Wpierw scenografia: skromnie umeblowana artystyczna pracownia na strychu, z niebotycznie wysokim pokojem dziennym i niziutką kuchnią. Sporo dobrej dawnej sztuki: ludowe skrzynie, talerze z okresu wczesnej Miśni, późnobarokowe figury aniołów, naznaczony pożarem krucyfiks, a na ścianie przed stołem XVIII-wieczna pieta na tle szirazu, wschodniego kobierca. No i książki. Jedliśmy pyszności, które ze względu na mnie zawsze były bezmięsne, piliśmy wino, podziwialiśmy Adama czytającego na głos kolejne partie utworów, nad…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zniszczyć patriarchat w sobie