Być może ci, którzy go lepiej znali, wypatrzą jakąś rysę. Może za dużo brał na siebie i nie wszystkim zadaniom sprostał. Może zajęty sprawami publicznymi za mało czasu poświęcał najbliższym – nie wiem, mogło tak być. Jednak w pierwszych o nim wspomnieniach powtarza się jak refren przekonanie, że Wujec był człowiekiem, który nie miał, po prostu nie mógł mieć wrogów, a nawet krytyków, że nie sposób było go nie lubić i nie szanować, że jego szlachetność była najwyższej i najautentyczniejszej próby. I nie są to tylko czcze słowa w myśl sentencji, że de mortuis nil nisi bene.
Społecznik, opozycjonista, polityk
Henryk należał do tej wąskiej grupy osób, których do życia publicznego nie pchnęły kalkulacja polityczna, ambicja, pieniądze, potrzeba rozgłosu czy inne, jakże ludzkie i powszechne, motywy. Podobnie jak innych współpracowników KOR-u, a potem działaczy pierwszej Solidarności pchnęły go do działania silny instynkt moralny, opór wobec jawnej niesprawiedliwości i przemocy, potrzeba pomocy pokrzywdzonym i słabym, którymi byli robotnicy ze strajkujących w 1976 r. i pacyfikowanych zakładów Ursusa i Radomia. Ale już wcześniej, w latach 60., udzielał się…