Jak Pilch opisałby własny pogrzeb? Bo przecież najlepszy felietonista III Rzeczypospolitej z pewnością doceniłby narracyjny potencjał tej sytuacji, niepewną i nie wolną od potknięć brawurę prowadzącego ceremonię pastora, tych żałobników, którzy z trudem rozpoznawali swoje twarze, ukryte pod antywirusowymi maskami, czy koszulkę Cracovii ułożoną na marmurowej urnie z prochami. A wreszcie i fakt, że gwizdek Najwyższego Sędziego zakończył życiowy mecz nie w Wiśle, Krakowie czy Warszawie, nie w chłodnym rodzinnym domu zaludnionym duchami, nie w redakcji „Tygodnika Powszechnego” i nie w drobnym kwartale stolicy, z antykwariatem przy Hożej oraz kawiarnią podającą poczwórne espresso, ale w tak bardzo niespodziewanych Kielcach, do których autor Miasta utrapienia może ledwo co zdążył się przyzwyczaić.
Czy byłby do bólu sarkastyczny, czy raczej – tak sądzę – najpierw wprawiłby nas w konwulsyjny rechot, by później, zmierzając do ostatniej kropki, wstrząsnąć naszymi sercami?
Oddał wzruszenie, jakie czuliśmy, gdy słowa psalmu mówiące o stopach pobożnego, stopach opartych mocno na ścieżce Pana, splotły się z opowieścią o…