Wierzę w (…) święty Kościół. „Naprawdę w to wierzysz?!” W ostatnich tygodniach nagabywano mnie w ten sposób kilkakrotnie, a ci, którzy mi takie pytanie stawiali, najczęściej w ogóle nie oczekiwali odpowiedzi, było to bowiem w ich mniemaniu pytanie retoryczne.
Celem pytań retorycznych bywa skłonienie rozmówcy do przemyślenia swoich przekonań, motywacji czy argumentów. Spróbuję zatem kwestię ewentualnej świętości wspólnoty eklezjalnej, do której należę, raz jeszcze przeanalizować, żeby na nowo uzasadnić „nadzieję, która jest w nas”: ludziach wyznających swą wiarę w „święty Kościół”.
Jaka świętość?
Jak mówi teolog Walter Kasper, kiedy podczas liturgii recytujemy Credo albo prywatnie odmawiamy modlitwę „Wierzę w Boga”, nie zastanawiamy się zazwyczaj, „jak mało oczywista, co więcej, jak osobliwa stała się dla nas dzisiaj ta wypowiedź. Ta osobliwość nie dotyczy jedynie świętości Kościoła, którą czasem tylko z trudem można rozpoznać za uwikłaniami w sprawy tego świata czy za pojedynczymi skandalami. Ma ona charakter o wiele bardziej zasadniczy i dotyczy tego, co święte, oraz Świętego par excellence”. I dalej: „W znacznym stopniu utraciliśmy znajomość tego, co święte”, zaś sama świętość zaczęła nam się kojarzyć głównie z bezgrzesznością, nienagannością moralną, która w tym kontekście jest jednak czymś wtórnym. Świętość w znaczeniu moralnym jest bowiem – powinna być! – owocem spotkania z przemieniającą wszystko (i apelującą do ludzkiej wolności) świętością Boga.
Nie sądzę, by autorzy starożytnego Składu Apostolskiego, formułując wyznanie wiary w świętość Kościoła, mieli na myśli jego bezgrzeszność, etyczną doskonałość. Zbyt żywa była ich pamięć o grzechach Dwunastu, którzy tworzyli pierwszy Kościół: o zdradzie Judasza, zaparciu się…